Warszawa 1944: Alejami z paradą będziem szli defiladą w wolną Polskę, co wstała z naszej krwi…
Artur S. Górski, 31 lipca 2025
Chłopcy silni jak stal, oczy patrzą się w dal nic nie znaczy nam wojny pożoga. Hej, sokoli nasz wzrok, w marszu sprężysty krok i pogarda dla śmierci i wroga.
Gotuj broń, naprzód marsz, ku zwycięstwu! W górę skroń! Orzeł nasz lot swój wzbił. Chłopcy silni jak stal, oczy patrzą się w dal. Hej, do walki nie zbraknie nam sił!/bis
Godłem nam biały ptak, a „Parasol” – to znak, naszym hasłem piosenka szturmowa. Pośród kul, huku dział oddział stoi jak stał, choć poległa już chłopców połowa.
Dziś padł on, jutro ja, śmierć nie pyta… Gotuj broń! – Krew ci gra boju zew. Chłopcy silni jak stal, oczy patrzą się w dal, a na ustach szturmowy nasz śpiew./bis
A gdy miną już dni walki, szturmów i krwi, bratni legion gdy z Anglii powróci, pójdzie wiara gromadą Alejami z paradą i tę piosnkę szturmową zanuci.
Panien rój, kwiatków rój i sztandary. Równy krok, śmiały wzrok, bruk aż drży. Alejami z paradą będziem szli defiladą w wolną Polskę, co wstała z naszej krwi
(Piosenka szturmowa batalionu „Parasol” Armii Krajowej, oddziału Kierownictwa Dywersji Komendy Głównej AK, oddająca dynamikę, a jednocześnie dramat i złudne nadzieje Powstańców)
Godzina “W”.1 sierpnia 1944 roku 35 tysięcy chłopców i dziewcząt z biało-czerwonymi opaskami, pod byle jaką bronią, ale z nadzieją i dumą, stawiło się na punkty zborne. Punktualnie o godzinie 17 wybiegli z warszawskich bram w nadziei, że wywalczą wolność, pomszczą krzywdy, że pomogą alianci, że dotrą na odsiecz koledzy, przedzierając się przez nasycony obcym wojskiem kraj, że za trzy dni przekroczy Wisłę Armia Czerwona, a Oni wystąpią jako gospodarze wolnej Stolicy i Wolnej Polski. Czekali na ten dzień pięć lat. Niosła ich chęć odwetu na wrogu i duma na widok biało-czerwonych flag na ulicach. Co piąty Powstaniec miał jakąkolwiek broń…
Powstańcy nie wiedzieli, nie byli świadomi, a politycy i dowódcy im tego nie powiedzieli, że już w listopadzie 1943 r., zachodni alianci uznali na konferencji w Teheranie, że Polska znajdzie się w sowieckiej strefie wpływów, pod butami Stalina i jego siepaczy. Znajdowali się w 1944 r. w strefie operacyjnej Armii Czerwonej. Ówczesną troską prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta i premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla było, aby Polacy o tych ustaleniach się nie dowiedzieli. Mogli zaszkodzić w wyborach, a nawet podnieść bunt w imię słusznych swych praw sojusznika. Wtedy już jednak na zachodzie antypolska (po kwietniu 1943 r.) propaganda robiła swoją robotę.
Powstanie Warszawskie (tak, pisane wielkimi literami – wbrew regułom ortografii) jest wielką lekcją militarną i polityczną, symbolem niezłomności, siły i ducha naszego narodu ale też wspomnieniem zdrady, prowokacji, samotności w obliczu wroga i samotnej walki.
Samotność w idei
Generał „Bór” Komorowski, mimo wahań i bez rozkazu Naczelnego Wodza zdecydował: „Tak – Godzina W!”. Żołnierze AK stanęli wobec potęgi wroga osamotnieni. Nieliczni byli uzbrojeni – w steny, granaty, inni w butelki z benzyną, w kilofy i biało-czerwone opaski. I w Honor, który ceny nie ma. Ale ten w starciu nie wygrywa. Próby pomocy z powietrza, spóźnione i nikłe, nie zaważyły na wyniku morderczych zmagań. Zachód przecież niczego nam nie obiecywał. No dobrze – gen. Sikorskiemu, ale ten został przez agenturę “wyeliminowany” 4 lipca 1943 r. w Gibraltarze (brytyjskie, a nawet nasze, a przejęte przez Anglików, archiwa pozostają tajne!).
Premier Stanisław Mikołajczyk, udający się w lipcu 1944 r. na rozmowy ze Stalinem, liczył, iż ewentualny wybuch Powstania wzmocni jego pozycję negocjacyjną, ale wybuchem walk w Warszawie, jak wspominał, był zaskoczony. Mikołajczyk znalazł się po 1 sierpnia 1944 r. w roli petenta – polityka proszącego o wsparcie, gdy okazało się po kilku dniach, że powstańcom nie udało się osiągnąć wyznaczonych celów.
Opanowanie miasta przed nadejściem Armii Czerwonej i wystąpienie w roli gospodarza przez władze Polskiego Państwa Podziemnego w imieniu rządu RP na uchodźstwie miało być atutem w walce o niezależność i suwerenność. Żołnierze i oficerowie AK stanęli więc przeciwko regularnym oddziałom Wehrmachtu i Waffen-SS, wspieranym przez zdemoralizowane szumowiny z zaciągu do sił pomocniczych, głownie z dawnego ZSRS.
Niestety, dowództwo Komendy Głównej AK zdawało się być ślepym na fakty, na to, że we Lwowie, Wilnie, Lublinie ujawnienie struktur Podziemia zakończyły się aresztowaniem lub wymordowaniem dowódców AK, rozformowaniem oddziałów, przymusowym wcieleniem żołnierzy do I Armii Wojska Polskiego, wywózką opornych na wschód. A przecież Komenda Główna AK znała meldunki z walk o Wilno, opanowania Lubelszczyzny, Lwowa, z zatargów z partyzantką sowiecką. Meldunki z terenu nie pozwalały na zaufanie i wiarę w dobrą wolę sowietów.
Z kilofem na bunkry
I co dziwne (a może nie, jeśli zwycięży teza o agenturze wewnątrz KG) w lipcu 1944 r. Komenda Główna AK skierowała transporty broni z Warszawy do wschodniej Polski, uszczuplając warszawskie zapasy, w nieodległej perspektywie powstania i podjęciu walki z Niemcami w Warszawie, choć liczyły się każda sztuka broni, kula, granat.
29 lipca 1944 gen. Tadeusz Pełczyński, szef sztabu KG AK od Jana Nowaka-Jeziorańskiego uslyszał: Nie znam zupełnie elementów sytuacji wojskowej. Jeżeli jednak „Burza” w Warszawie została pomyślana jako demonstracja polityczno-wojskowa, to nie będzie ona miała żadnego wpływu na politykę sojuszników, a jeśli chodzi o opinię publiczną na Zachodzie, będzie to dosłownie burza w szklance wody. To on, wysoki sanacyjny oficer Tadeusz Pełczyński, prawił szkodliwe bzdury o tym, że „lud paryski nie liczył pałek idąc na Bastylię”.
Gen. Stanisław Tatar, też prowadził dziwną i ryzykowną grę – jest współodpowiedzialny za plan Akcji „Burza”, który nakazywał dowódcom okręgów Armii Krajowej ujawnianie się (!) przed sowietami. Bierut odznaczył po wojnie gen. Tatara Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski!
Głównym prącym do powstania w mieście był gen. Leopold Okulicki “Niedźwiadek” (w latach 1940-41 więzień NKWD, przesłuchiwany m.in. przez gen. Iwana Sierowa, jego postawa wymaga gruntownego wyjaśnienia), wspierał go w tym płk Antoni Chruściel ps. “Monter”.
Szef Oddziału II Komendy Głównej AK (wywiad) doświadczony “Cichociemny” płk dypl. Kazimierz Iranek-Osmecki, znajdując się w ścisłym gronie dowódców Armii Krajowej, decydujących o wybuchu Powstania Warszawskiego, był zdecydowanie przeciwny (!) rozpoczęciu walk. On, szef wywiadu AK! Zdawał sobie sprawę z nierównowagi sił, nędznego uzbrojenia i pewności co do bierności sowietów.
Podobnie jak płk Janusz Bokszczanin „Sęk” doświadczony żolnierz, w tamtym czasie poza Warszawą, II zastępca Szefa Sztabu KG AK do spraw organizacyjnych, który sprzeciwiał się planom wybuchu Powstania, uważając okoliczności do walki za niesprzyjające. Meldował, raportował, pisał odezwy – na próżno. To ci dwaj zasługują na swoje ulice.
Powstanie warszawskie było straszną tragedią, przykładową lekcją, jak wojny się nie prowadzi. Polska zapłaciła cenę, na którą jej nie było stać. Niesłuszną decyzję podjęto też w złym czasie
– ocenił w jego 60 rocznicę żołnierz AK, uczestnik Powstania, dwukrotny kawaler Krzyża Walecznych, historyk Powstania prof. Jan Ciechanowski w znakomitej książce “Powstanie warszawskie: zarys podłoża politycznego i dyplomatycznego”.
31 lipca 1944 r. na porannej odprawie Komendy Głównej Armii Krajowej komendant okręgu warszawskiego AK pułkownik (od 14 września 1944 r. generał) Antoni Chruściel ps. “Monter” wiedział, że jego żołnierze nie mają czym walczyć. On, wszak płk dyplomowany mówił, że brak broni zastąpi “furia odwetu” (sic!). Jakąkolwiek broń otrzymał, czyli de facto uzbrojony był, co piąty powstaniec). „Monter” polecił, aby harcerzy, dla których brakło broni, uzbrajać w… siekiery, kilofy i łomy i przydzielać do grup szturmowych (zawodowy ofier, sic!).
– Nasza rola to pozostawić po sobie ślad – ślad polskiej myśli, która musi zwyciężyć, tak jak zwycięża zawsze sprawiedliwość – to słowa ppłk. Ludwika Muzyczki ps. „Benedykt”, legionisty, uczestnika wojny polsko-ukraińskiej i polsko-bolszewickiej , żołnierza Września, Szefa Biura Spraw Wojskowych w KG ZWZ-AK (1941–1944), uczestnika Powstania Warszawskiego, współorganizatora Zrzeszenia WiN, więźnia politycznego do 1954 r., w 1975 r. sygnatariusza protestu przeciwko zmianom w Konstytucji PRL, który w 1944 r. starał się w oparciu o twarde dane wojskowe o uzbrojeniu i o meldunki o działaniach sowietów – powstrzymać wybuch Powstania.
Żołnierz nie rozumie celowości powstania w Warszawie. Nikt nie miał u nas złudzeń, żeby bolszewicy pomimo ciągłych zapowiedzi pomogli stolicy. W tych warunkach stolica pomimo bezprzykładnego w historii bohaterstwa skazana jest na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy, kto ponosi za to odpowiedzialność
– alarmował gen. dyw. Władysław Anders, dowódca 2. Korpusu Polskiego, w meldunku do gen. dyw. Mariana Kukiela we wrześniu 1944 r.
Tragizm decyzji
Decyzji o podjęciu walki zbrojnej w Warszawie 1 sierpnia 1944 r. czterej najwyżsi oficerowie Komendy Głównej AK ani delegat rządu na Kraj nie skonsultowali z rządem w Londynie, ani z Naczelnym Wodzem gen. Kazimierzem Sosnkowskim! O planach rychłego wywołania Powstania (pierwotnie mobilizacja wyznaczona na 28 lipca) powiadomiono Londyn dopiero 25 lipca 1944. Naczelny Wódz gen. Kazimierz Sosnkowski, uważał, że w zaistniałej sytuacji zbrojne powstanie pozbawione jest militarnego, jak i politycznego sensu. W depeszy do gen. Komorowskiego “Bora” nakazał:
W obliczu szybkich postępów okupacji sowieckiej na terytorium kraju trzeba dążyć do zaoszczędzenia substancji biologicznej narodu w obliczu podwójnej groźby eksterminacji.
Gen. Sosnkowski nie wydał jednak jednoznacznego rozkazu zakazującego “Godzinę W”.
W tym czasie, gdy Londyn był powściągliwy to propagandowa sowiecka i radiostacja „Kościuszko” nawoływały do wybuchu powstania, obiecując rychłe przekroczenie Wisły przez Armię Czerwoną – sojusznika naszych sojuszników i pomoc powstańcom. Był to jeden z elementów sowieckiej “zachęty” i prowokacji. Jednak jeśli Londyn mówił – Nie, a Moskwa – tak, trzeba się zastanowić komu miały służyć wykrwawiające walki w mieście. Ludzie Stalina rachowali: to Niemcy rozprawią się z niepewną i wrogą sowietom stolicą i jej mieszkańcami. Oni zaczekają… Tym łatwiejsza będzie sowietyzacja Polski gdy wytraceni zostaną najwaleczniejsi z Polaków.
Komenda Główna AK w Warszawie nie miała też żadnego (bo skąd) kontaktu z wojskami sowieckimi ani wiedzy o planach ofensywnych Operacji “Bagration”. Dowództwo Armii Krajowej zakładało, że Armii Czerwonej zależeć będzie ze względów strategicznych, na szybkim zajęciu Warszawy. Przewidywano kilkudniowe walki i oczekiwano wymiernej, w sensie militarnym i politycznym, pomocy ze strony aliantów zachodnich. To naiwność, nie tylko warszawska Apokalipsa nie skłoniła aliantów do wymiernej pomocy, ale już w 1943 r. było jasne, że nie do przeforsowania była koncepcja (gen. Pattona, chwilowo Churchilla) uderzenia na okupowaną środkową Europę od południa, przez Grecję i Bałkany. Alianci respektowali układy ze Stalinem i wspierali – od początku 1942 r. gigantycznymi dostawami broni, amunicji, paliw, tysiącami czołgów, samolotów, lokomotyw i samochodów Armię Czerwoną.
BiP KG AK Referat Filmowy
Sowieci od 29 lipca 1944 r. uchwycili przyczółki w okolicach Dęblina i Magnuszewa. Nie ruszyli, stali nad Wisłą, patrząc dwa miesiące na agonię Wolnej Polski. Próby pomocy, podjęte bez wsparcia, przez „kościuszkowców” zakończyły się fiaskiem. Forsując Wisłę, w walce na Powiślu i na Czerniakowie, poległo lub zaginęło cztery tysiące żołnierzy 1 Armii Wojska Polskiego gen. Berlinga (on sam został odsunięty od dowodzenia po fiasku desantu, za próby pomocy walczącym w Warszawie).
Zrzuty z alianckich samolotów, zbyt rzadkie, ryzykowne i mało celne, nie mogły odmienić losów Powstania. O pomoc do aliantów apelował rząd RP w Londynie i Komenda Główna AK. Alianckie samoloty nad Warszawą pojawiły się sporadycznie, w sierpniu 1944 r. Dawały złudne poczucie, że miasto nie jest osamotnione.
Loty realizowała 1586 Eskadra do Zadań Specjalnych, bazująca w Brindisi we Włoszech, wyspecjalizowana w zrzutach zaopatrzenia (załogi B-24 Liberator i brytyjskie Handley Page Halifax – ciężkie bombowce, przeznaczone do długotrwałych lotów w nocy). Maszyny z polskimi załogami były wykorzystane kilkukrotnie. Po raz pierwszy 4 sierpnia 1944 r. choć wtedy kilka polskich załóg (wbrew rozkazowi) po prostu zboczyło z trasy i przeleciało nad Warszawą. Później do akcji wyznaczono załogi polskie, brytyjskie i południowoafrykańskie z 31 Dywizjonu South African Air Force.
Lot nad płonące miasto z i do lotnisk w Italii zajmował do 10 godzin. Straty w maszynach i załogach były duże. Stalin do połowy września 1944 r. nie godził się na międzylądowania. Ostatni moment entuzjazmu powstańców i ludności stolicy przyszedł 18 września 1944 r., gdy w biały dzień nad Warszawą pojawiło się 107 amerykańskich Boeingów B-17 z bronią i amunicją. Cóż z tego, skoro tylko część (co trzeci) zasobników trafiła do powstańców.
Polscy komandosi, zamiast pośpieszyć na pomoc Warszawie, zostali wytraceni w nieudolnie prowadzonych operacjach w Niderlandach. W sierpniu 1944 roku 1 Samodzielna Brygada Spadochronowa gen. Sosabowskiego była gotowa do walki. Kiedy wybuchło Powstanie brygada przygotowywała się do zrzutu – ale nie została skierowana do stolicy. Wykrwawiła się w Holandii, nad Arnhem, w wyjątkowo nieudolnie prowadzonej przez Brytyjczyków operacji “Market Garden”. Po tym brytyjscy dowódcy obrzucili z właściwą sobie bezczelnością Stanisława Sosabowskiego błotem pomówień. Prym w tym wodził nieudolny a ambitny dowódca Sir Bernard Law Montgomery.
Walka, płomienie i rzeź
Powstanie było aktem rozpaczy. Straceńczą odwagę i brak broni słychać w wersach piosenek: „Choć na „tygrysy” mają Vis-y” (“tygrysów”, czyli Panzerkampfwagen VI Tiger w powstaniu Niemcy użyli sztuk 9), „Pod czołg idzie z butelką dziewczyna…” (uwaga: czołgi nie podchodziły na “rzut butelką). Jakże wymownie obrazuje to naiwność i tragizm walczących.
Zdjęcie wykonane pod koniec Powstania: Z piwniczki kanalizacyjnej, po przejściu kanałami, wychodzi żołnierz – powstaniec wprost w ręce Niemców.
Przez 63 dni żołnierze AK prowadzili heroiczny i samotny bój z wojskami niemieckimi i ich pomocnikami – kolaborantami. Ostatecznie, wobec braku perspektyw i sensu dalszej walki, 2 października 1944 r. przedstawiciele KG AK płk Kazimierz Iranek-Osmecki „Jarecki” i ppłk Zygmunt Dobrowolski „Zyndram” podpisali w kwaterze SS-Obergruppenfuehrera Ericha von dem Bach-Zelewskiego w Ożarowie akt kapitulacji Powstania Warszawskiego.
Jedna z nielicznych chwil triumfu – kpr. Witold Kieżun ps. “Wypad” (późniejszy znakomity ekonomista) ze zdobytym przed chwilą na kilku Niemcach CKM
Mało znany Rozkaz nr 19 z 1 września 1944 r. gen. Sosnkowskiego (a postać to nietuzinkowa) skierowany do żołnierzy AK, krytykujący aliantów (głównie Anglików) za niedotrzymanie zobowiązań sojuszniczych, przeszedł do historii jako dowód wielkiego oddania sprawie polskiej. Jest mało znany więc cytujemy fragment:
Pięć lat minęło od dnia, gdy Polska wysłuchawszy zachęty rządu brytyjskiego i otrzymawszy jego gwarancje, stanęła do samotnej walki z potęgą niemiecką (…). Od miesiąca bojownicy Armii Krajowej pospołu z ludem Warszawy krwawią się samotnie na barykadach ulicznych w nieubłaganych zapasach z olbrzymią przewagą przeciwnika. Samotność kampanii wrześniowej i samotność obecnej bitwy o Warszawę są to dwie rzeczy zgoła odmienne. Lud Warszawy pozostawiony sam sobie i opuszczony na froncie wspólnego boju z Niemcami — oto tragiczna i potworna zagadka, której my Polacy odcyfrować nie umiemy na tle technicznej potęgi Sprzymierzonych u progu szóstego roku wojny. Nie umiemy dlatego, gdyż nie straciliśmy jeszcze wiary, że światem rządzą prawa moralne. Nie umiemy dlatego że nie wierzymy aby polityka, oderwana od zasad moralnych, inne słowa, aniżeli złowieszcze “Mane, Tekel, Fares” sama sobie na kartach historii wypisać zdołała. Nie umiemy, bo uwierzyć nie jesteśmy w stanie, że oportunizm ludzki w obliczu siły fizycznej mógłby posunąć się tak daleko, aby patrzeć obojętnie na agonię stolicy tego kraju, którego żołnierze tyle innych stolic własną piersią osłonili, lub wyzwolili wysiłkiem własnego ramienia. (…) Warszawa czeka. Nie na czcze słowa pochwały, nie na wyrazy uznania, nie na zapewnienie litości i współczucia. Czeka ona na broń i amunicję. Nie prosi ona, niby ubogi krewny, o okruchy ze stołu pańskiego, lecz żąda środków walki, znając zobowiązania i umowy sojusznicze.
Krew
W czasie walk w Warszawie w 1944 r. poległo lub zaginęło ok. 17 tys. powstańców, a ok. 25 tys. zostało rannych (trudno o szczegółowe dane). Poległo na Powiślu, zaginęło w walce na Czerniakowie lub próbując przebyć Wisłę 4 tysiące żołnierzy I Armii Wojska Polskiego, dowodzonej przez gen. Zygmunta Berlinga. Straty ludności cywilnej w gęsto zaludnionym mieście były przeogromne, a tragedie niewyobrażalne. Zginęło lub zostało zamordowanych (szacunkowo) od 100 tysięcy do 120 tysięcy mieszkańców stolicy, kobiet, dzieci, cywilnych mieszkańców – utopionych we własnej krwi, spalonych żywcem, pogrzebnych pod gruzami. Pozostałych przy życiu pół miliona mieszkańców Warszawy okupanci wypędzili z miasta, które do końca 1944 r. zostało niemal całkowicie wypalone i zburzone przez niemieckie komanda.
Niemcy wyrwali serce Polski! Za rozkaz odpowiadają dowódcy, uwaga! zawodowi oficerowie: generałowie “Bór”, “Niedźwiadek” i Pełczyński (ranny, w Powstaniu stracił syna), gen. Okulicki “Niedźwiadek” oraz dowódca Okręgu Warszawa płk/gen. Chruściel “Monter” i szef propagandy KG AK płk Jerzy Rzepecki. Żaden nie zginął w walce. Szafowali krwią, ale nie własną. Powstanie oraz wojnę przeżyli. “Niedźwiadka”, który zapewne od 1940 r. liczył, że będzie “partnerem” sowietów, ci zgładzili, najpewniej w 1946 r., jako niepewnego świadka ich niecnych knowań i prowokacji (np. uwięzienie przywódców tzw. państwa podziemnego w marcu 1945 r.). Nie był już im potrzebny.
Na prawym brzegu Wisły
Jak potoczyły się losy Powstania Warszawskiego na prawobrzeżnej Pradze? Na warszawskiej Pradze 6 tysięcy żołnierzy AK 1 sierpnia 1944 r. stanęło do nierównej walki. Dowodący na Pradze, płk. Antoni Żurowski ps. „Papież”, “Bober”, rychło zauważył, że walczy nie z siłami policyjnymi, ale z regularnymi, frontowymi jednostkami wroga. Niemcy wnet ustawili wzdłuż ulic Targowej i Grochowskiej kilkadziesiąt czołgów, które w asyście grenadierów skutecznie sparaliżowały działania powstańcze. Nie powiódł się atak na most Kierbedzia (napotykając opór dwóch kompanii wroga zginęło w akcji 30 AK-owców).
W tej sytuacji płk Żurowski (doświadczony oficer we wrześniu 1939 r. dowodził batalionem KOP “Bereźne” Sarny i 17 września 1939 r. stoczył zacięty bój z sowieckim najeźdźcą, walczy w ostatnich walkach SGO “Polesie”, nie składa broni) zdecydował o przerwaniu walk. To jemu należy się pomnik w Warszawie Komendantowi VI Obwodu Armii Krajowej Praga. Nie cześć prowokatorom i szaleńcom, posyłającym w bój dzieci. Płk. ŻURAWSKIEMU, Kawalerowi Orderu Wojennego Virtuti Militari, skazanemu przez komunistyczne sądy dwukrotnie na karę śmierci, ocalał gdyż gen. Spychalski rozkazał wstrzymanie wykonanie kary. Więziony i maltretowany m.in. na Zamku w Lublinie.
Dostarczenia meldunku z Pragi do „Montera” o przejściu ponownie do konspiracji 3 sierpnia 1944 r. podjął się 17-letni chłopak z harcerskiego plutonu łączności VI Obwodu AK kapral Jarosław Stodulski „Kruk”. Zdołał przepłynąć strzeżoną przez Niemców Wisłę. Przeżył. Po latach został prof. dr. Stodulskim, światowej sławy lekarzem, twórcą Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej w Centrum Zdrowia Dziecka.
Tysiące mu podobnych młodych ludzi straciliśmy w Powstaniu. Unicestwiono nie tylko miasto-stolicę. Kogo straciliśmy? Spójrzmy na promienne twarze dziewcząt i chłopców z archiwalnych zdjęć i filmowych migawek… Bardzo nam ich brakowało, i brakuje.
Z powierzchni ziemi zniknęła dawna Warszawa, ów “Paryż Północy”. Po 1945 roku na jej miejscu, mimo pieczołowitej odbudowy Starówki, nowych osiedli, jak Marymont, pojawiła się całkiem inna Warszawa, przyciśnięta jak pięścią Pałacem Kultury i Nauki im. Stalina.
Powstanie wpisane w los
Powstanie Warszawskie było „zapisane” w historii, w polskie losy, od 1939 roku, kiedy zaczęły powstawać organizacje podziemne. Tego zdania był m.in. prof. Tomasz Strzembosz. Powstanie wybuchło ze względów politycznych, a nie wojskowych. Cechowało je bezprzykładne męstwo. Pozostały mity, piosenki, literatura i wielka niezabliźniona rana.
Żołnierze zgrupowania AK „Radosław” po przejściu kanałami z placu Krasińskich na Śródmieście 2 IX 1944. Na pierwszym planie Tadeusz Rajszczak “Maszynka”, za nim Henryka Zarzycka-Dziakowska ps. „Władka” z baonu „Parasol”.
Powstanie Warszawskie było polityczną i militarną klęską (mimo nielicznych sukcesów – zdobycia gmachu PAST i Poczty Głównej i wyzwolenia więźniów „Gęsiówki”). Pozostaje przestrogą. Symbolika Powstania, heroizm, indywidualne męstwo, są nie do przecenienia.
Pamiętajmy – godz. 17.00! Tego dnia zatrzymajmy się gdziekolwiek będziemy!
Cześć i chwała Bohaterom! Wieczna hańba zdrajcom i prowokatorom!
1 sierpnia 1944 r. wybuchło Powstanie Warszawskie, przez 63 dni żołnierze Armii Krajowej, Narodowych Sił Zbrojnych, Wojska Polskiego i innych formacji, prowadzili heroiczną i osamotnioną walkę, której celem była niepodległa Polska, wolna od niemieckiej i sowieckiej okupacji, krzyk przeciwko zniewoleniu.Sumieniem świata nie wstrząsnęło. Wolna Polska spłonęła w Warszawie.
Powstanie Warszawskie jest wielką lekcją militarną i polityczną. Jest symbolem niezłomności, siły i ducha naszego narodu. Ale też i szermowaniem krwią w imię nieosiągalnych celów i złudzeń. Drażliwą kwestią była prowokacja ze strony tych w naszych szeregach, którzy przeszli na stronę jednego z naszych wrogów – „mordercy z katyńskiego lasu”.
Opiewając bohaterstwo żołnierzy i harcerzy warto przy tym pamiętać – ku przestrodze, słowa znakomitego historyka Józefa Szujskiego: Historia jest chirurgiem poległego wojownika a nie pielęgniarką rozpieszczonego dziecka.
Artur S. Górski
(Zdjęcia: kadry z materiału filmowego nakręconego przez operatorów powstańczych, Biuro Edukacji Narodowej Instytutu Pamięci Narodowej oraz Bundesarchiv)