Biskup Zieliński: Przez okna rodzinnego domu wdzierała się noc komunizmu, dziś człowiekiem zawładnąć chce materializm praktyczny

Rozmowa z ks. dr. Zbigniewem Zielińskim, biskupem pomocniczym i wikariuszem generalnym archidiecezji gdańskiej.

Rozmawia Artur S. Górski

– Grudzień w naszym narodowym kalendarzu jest miesiącem wyjątkowym. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia w 1970 roku reżim PRL, w osłonie propagandy, rozprawił się krwawo z robotnikami i młodzieżą Wybrzeża. Minęło 11 lat i bramy zakładów pracy rozjechały czołgi, na robotników sypnęły się razy w setkach miejsc w Polsce, a grad kul spadł na górników na kopalniach Górnego Śląska. W 1970 roku miał ksiądz pięć lat. Jakie wspomnienia pozostały?

– Jak pan redaktor wspomniał miałem pięć lat w grudniu 1970 roku. Mieszkałem przy ul. Reymonta we Wrzeszczu, nieopodal była duża jednostka wojskowa „Niebieskich Beretów” (Wojska Obrony Wybrzeża, czyli Łużycka Dywizja Desantowa oraz JW1995 legendarna Dywizja Piechoty Morskiej – dop. red.). Pamiętam, że wczesnym rankiem, w poniedziałek 14 grudnia 1970 roku, obudziłem się od huku silników czołgów jadących ulicami Słowackiego i Reymonta. Do tamtego dnia nieraz czołgi były transportowane na poligon usytuowany na Morenie, ale było jakieś takie złowieszcze przeczucie. Pięcioletni chłopiec nie rozumiał  wiele. Przypominam, że tata do mamy powiedział: „trzeba dzieci wywieźć na wieś”. Zapakował mnie i siostry, starszą oraz młodszą, i pojechaliśmy na Kaszuby, do Zawór koło Chmielna. Przeczekaliśmy u dziadków. Nad tamtym wyjazdem, zamiast radości, wisiała groźba nieszczęścia.

– W grudniu 1981 roku, jako szesnastolatek, był ksiądz świadkiem bardziej świadomym…

– Nocą z soboty na niedzielę 12 grudnia wracałem z rodzicami z 18 urodzin kuzyna mieszkającego na Zielonym Trójkącie. Jego tata był moim ojcem chrzestnym. Rodzina stoczniowa, bardzo zaangażowana. Chrzestny nam opowiadał co się w stoczni dzieje, jakie są nastroje. Osiemnasta nie była szczególnie wesoła, ale i nie było dramatu. Jednak udzielała nam się atmosfera napięcia i świadomość trudnej sytuacji. Tuż przed północą, wracając, zauważyliśmy jak z wojskowych bloków przy ulicach Szymanowskiego i Słowackiego w pośpiechu wychodzą oficerowie. Pod blokami stały wojskowe samochody. Żołnierze wskakiwali do „łazików” (UAZ469 – dop. red.) i wojskowych nys, jak gdyby wezwani na akcję. Nie wiedziałem co to oznacza. Rano dotarło do mnie co się stało.

– W rok 1970 wplata się dramat podwójny. Tydzień przed tragedią był gest pojednania. Kanclerz Niemiec Willy Brandt podpisał układ o normalizacji stosunków Bonn -Warszawa, wykonał gest, ukląkł przed pomnikiem Bohaterów Getta. A na szczytach władzy, gdy Gdańsk, Gdynia, Szczecin i Elbląg były widownią krwawej pacyfikacji toczyła się walka o stanowiska. Grudzień 1970 r. był buntem społeczeństwa i jednocześnie splecioną z nim prowokacją polityczną?

– To była ogromna tragedia. Szarzy zwykli ludzie zapłacili życiem za grę o władzę. Wśród ofiar był znajomy moich rodziców. W parafii na Dolnym Mieście, gdzie pracowałem, mieszkała rodzina Tolka Browarczyka, zastrzelonego w grudniu 81. Do mnie, jako jeszcze młodego człowieka, docierała świadomość ciemnej nocy komunizmu. Przecież władza wydała rozkaz użycia siły, strzelania do ludzi. Miałem jakiś czas temu konferencję na antenie Radia Maryja na temat adwentu i Bożego Narodzenia. Użyłem określenia „ciemna noc komunizmu”. Napisał do mnie pan z Bydgoszczy bardzo oburzony tym określeniem. Argumentował, że ciemna noc to była okupacja oraz – jak pisał, sprzedaż Polski i wyprzedaż majątku narodowego po 1989 roku. Odezwała się w nim nuta, która sprawiła, że nie mógł ścierpieć tego określenia.

– Dla wielu osób lata 70, nawet 80, to czas młodości, miłych wspomnień, pierwszych poważnych decyzji, stąd te resentymenty…

– Wychowałem się w szczęśliwej, trzypokoleniowej rodzinie, potrafiącej tworzyć wyjątkową, rodzinną atmosferę i roztaczać opiekę. Mimo troskliwości rodziców, ich zapobiegliwości i poczucia rodzinnego bezpieczeństwa, czułem, że przez okna do domu wpada smutek. Wdziera się, mimo ciepła rodzinnego, obraz czołgów z pobliskiej jednostki. Pamiętam, jako sześciolatek, jechałem z mamą tramwajem obok nadpalonego gmachu KW PZPR w Gdańsku. Zapytałem o „Reichstag” (potoczna nazwa budynku, używana przez gdańszczan – dop. red.), o to co się stało. Mama mi nacisnęła głęboko czapkę na głowę.

Nic dziwnego, grudniowa pacyfikacja pozostawiła strach, mimo czasowej „odwilży” po gierkowskim „Pomożecie?”…

– Były przecież ofiary, była ciemność, przelano polską krew. To z niej wyrosły kolejna ziarna buntu i dzisiaj możemy o tym, i nie tylko o tym, otwarcie mówić.

– Noc komunizmu jest na śmietniku historii, dzisiaj, ponad dwa tysiące lat po ewangelicznej „depeszy” św. Łukasza o narodzinach Jezusa Chrystusa, jest poważny kryzys wiary i idei. Pomijam pełne frazesów usta polityków, szukających ścieżki do   poparcia. Nasilił się kryzys wartości, a przecież od czasów cesarza Konstantyna chrześcijaństwo tworzy ład nowożytny.

– Bezsprzecznie kryzysy są wpisane w każdą epokę. Stajemy w cieniu, nie obok, niezwykłych wartości, wynikających z Dekalogu, stojących na straży życia, fundamentalnych wartości i praw naturalnych. Zdajemy sobie sprawę, podobnie stając przed wspaniałym człowiekiem, ile jest w nas niedoskonałości. Miarą obecnego kryzysu jest,  drenujący umysły, materializm praktyczny („Rozbicie spójnego obrazu, w którym jest ściśle zachowana zasada prymatu osoby przed rzeczą, praca została oddzielona od kapitału i przeciwstawiona kapitałowi, a kapitał pracy, osłabienie wrażliwości na Boga i człowieka prowadzi nieuchronnie do materializmu praktycznego, co sprzyja rozpowszechnianiu się indywidualizmu, utylitaryzmu i hedonizmu  – dop. red. na podst. encyklik Jana Pawła II). Przypominam sobie rekolekcje prowadzone przez pallotyna z Paryża w 1985 roku. Przedstawił on inny niż marksistowski „materializm naukowy” dominujący na Zachodzie „materializm praktyczny”, który potrafi zawładnąć człowiekiem. Nie potrafiliśmy wtedy tego zrozumieć, w ówczesnym kryzysie, przy pustych sklepach, braku dóbr podstawowych, jaki w tym problem. Od lat ów materializm praktyczny rozgościł się i u nas. Święci triumf dialektyka, czyli potraktowanie świata jako walki, jako ścieranie się przeciwieństw, przeciwstawiając kapitalistów robotnikom…

– Kapitalistom proletariuszy, biednych bogatym, panujących poddanym. I odwrotnie, w ogólnym przekształcaniu świata, ale nie ma już klasycznego proletariatu…

– Kiedy ów podział zanikł, klasy robotników praktycznie nie ma, lewica oraz ruchy libertyńskie wykorzystują dialektykę w manipulacji wartościami, zwłaszcza w odniesieniu do płci. Dlaczego? Każdy jest tematem zainteresowany, po drugie: klasyczny podział na kobiety i mężczyzn służy idealnie do wzbudzania i rozgrywania konfliktu. Nakłada się na to natura mediów, cyniczna bo uświadomiona lub nieuświadomiona. Media mniej zajmują się informacją, bardziej zarządzaniem konfliktami. Dorabia się pięknie brzmiące hasła i teorie o pluralizmie, szukaniu piękna w różnicy stanowisk, o wolności ekspresji.

– Mało kto, niemal nikt, zajmuje się znalezieniem dobrego rozwiązania, recepty na dobre rządy, ale raczej na utrwalaniu i poszerzaniu stanu posiadania i wpływów politycznych?   

– Nie na budowaniu dobra wspólnego. Przeciwnie. Włożenie kija w mrowisko ma być doprowadzeniem do eskalacji. Mało kogo, na pewno nie wiodące media, interesuje budowanie mostów pomiędzy ludźmi. Chętniej szukają tego, co dzieli. Odpowiadając na pytanie o kondycję chrześcijaństwa – chrześcijaństwo jest potrzebne jak nigdy dotąd, gdyż odrzuciliśmy to, co ludzi łączy, miłość chrześcijańską, odłożyliśmy ją na bok, a przecież papieski tytuł „pontifex” to budowniczy mostów (pontifex maximus – określenie biskupa Rzymu od czasów Leona Wielkiego – dop. red.). Bez tego jesteśmy wojującą ze sobą, globalną wioską.  

– Mieszko, książę Polan, wszedł do chrzcielnicy, by tkać osnowę państwa. Kondycja chrześcijaństwa od kilku dekad słabnie…

– Osiągnięty komfort, kontekst osiągnięć, jakie stały się udziałem m.in. „Solidarności” od końca lat 80, jest taki, że w ich efekcie wielu upiło się sukcesami, uśpiło się od nadmiaru powietrza. Straciliśmy hart ducha. Taka jest kondycja cywilizacji.

– Poziom debaty, publicznego dyskursu obniżył się tak bardzo, że triumfują groteskowi wolnomyśliciele, przypominający gombrowiczowską Zutę Młodziakównę, impertynencką, niedouczoną zwolenniczkę postępu i wszelakich swobód. Historia potrafi się powtarzać. Jak  ratować ład łaciński, niczym za czasów Karola Wielkiego, skoro Kościół słabnie, a jeśli naucza, jest określany jako zaborczy i wojujący więc przechodzi do defensywy?

– Musimy uświadomić sobie czy łaciński ład jest jeszcze dla nas wartością. Czy on nas kształtował i czy ma sens. Jeśli tak, przekonanie nasze ma się przełożyć na determinację postaw. To, że inni nam wmawiają zaborczość jest ich metodą walki, stygmatyzacji. Polemika nie jest możliwa, gdy nie jesteśmy dopuszczani do głosu, z góry ustawiani w wygodnej do ataku na nas pozycji. Świadomość korzeni i ich wartości w przełożeniu na determinację w krzewieniu naszych idei, podstaw, jest zadaniem nieodrobionym przez nasze pokolenie, urodzonych w latach 60. Dzięki chrześcijaństwu wyszliśmy z nocy komunizmu, dzięki chrześcijaństwu dokonaliśmy ustrojowego przełomu bez rozlewu krwi. Nie potrafiliśmy tym duchem zarazić następnych pokoleń, bo zajęci byliśmy zdobywaniem chleba z rozmaitymi dodatkami, zapatrzeni w czubek własnego nosa, mało dalekowzroczni, nie dostrzegliśmy, że obiecywana Japonia jest krainą wolności,  w której trzeba ciągle wybierać.

– Japonia łączy sukces gospodarczy z tradycją samurajów…   

– Zadaniem do odrobienia jest oparcie się na fundamentach wartości w dobie wolności. Kiedy nie było wolności, wartości były klarowne, aparat ucisku nas weryfikował. Dzisiaj weryfikuje nas życie. Bywa, że u jego kresu człowiek przekonuje się: źle czy dobrze postawił w swoich wyborach aksjologicznych, politycznych, społecznych. W pędzie za dniem codziennym okazuje się, że ludzie ofiarowali swe życie korporacjom, zostali przez te korporacje wypluci, nie założyli lub stracili rodziny, mają kolejne, nieudane związki, a dzieci kolejnego „wujka”, „ciocię”.

– Jakie będą kolejne polskie dni i miesiące? Pełne wołania o ład w życiu publicznym?

– Pozwolę sobie na dygresję… Toczy się o spór nie o treść 21 postulatów, a o tablice, na których zostały spisane, gdzie one mają się znajdować. Niewielu pamięta ich treść. Wśród nich ten 21, który dotyczył wszystkich wolnych sobót. Wolnej soboty! O to walczyli robotnicy i rodząca się w 1980 roku „Solidarność”. Trzeba było o nie zawalczyć z władzami PRL, by pogłębić więzi rodzinne, by nabrać siły i lepiej pracować. Dzisiaj chce się nam zabrać niedziele. Tak się zadziało ostatnio i musimy z ludźmi z dawnego solidarnościowego obozu zawalczyć o wolną niedzielę. Nie trzeba było o to walczyć z komuną, niedziele w PRL były wolne! Trzeba się upominać o niedzielę w pędzie ku materializmowi. Jeden z 21 postulatów mówił o tym, że wiek emerytalny dla kobiet to 55 lat, a dla mężczyzn lat 60, że sprawiedliwą jest zasada przepracowania 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn by mieć emeryturę. Postulaty mówiły o urlopie macierzyńskim, płatnym przez trzy lata na wychowanie dziecka. Pamiętajmy. Ważne jest przypomnienie sobie owych postulatów i odpowiedź na ile my jesteśmy wierni duchowi tamtych czasów i postulatów. Liderzy „Solidarności” znają wagę tych postulatów, również tych, odnoszących się do niedziel i godnych emerytur. W nich brzmi troska o siły człowieka, o jego fizyczną kondycję. Stanowisko Kościoła i związku zawodowego jest tu zbieżne.

– Ostatnie manifestacje i ataki na świątynie przekroczyły granice. Niezależnie od rozhuśtanych emocji Polska nie była miejscem, w którym dochodziło do takich aktów, jak np. z 26 października na placu Trzech Krzyży.

Podkreślamy od zawsze wartość życia. Demonstracje dotyczyły decyzji pojętych w takim, czy innym trybunale, czyli w urzędzie nawy państwowej. Demonstranci w odruchu protestu przyszli jednak pod kościoły i do kościołów. Ludzie będący zwolennikami prawa do zabijania dzieci przyszli pod świątynie. Dlaczego? Bo Kościół im się kojarzy jednoznacznie z obroną życia. Odprawiałem mszę, gdy wydarzył się swego czasu incydent w targnięcia. Podziękowałem im, powiedziałem, że są dowodem, jak ateiści, walczący wytrwale z Bogiem, którego ich zdaniem ma nie być, że Kościół broni życia. Wiernym zaś powiedziałem, aby mieli świadomość wartości życia i mieli odwagę bronić tej wartości.  Tego życzę też na nadchodzące Święta Bożego Narodzenia, podkreślam – narodzenia!

(tekst za Gazeta Gdańska 10 grudnia 2020, fot. diecezja.gda.pl)

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej