Związku nigdy, nikomu nie udało się złamać

Rozmowa z Krzysztofem Doślą, przewodniczącym Zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”

– Rozmawiamy w 49 rocznicę tragicznego Grudnia ’70 i w 38 rocznicę stanu wojennego, wprowadzonego przeciwko organizującemu się w „Solidarność” społeczeństwu. Odwołujemy się do protestów robotniczych w naszym etosie. Pamięć o tamtych dramatycznych wydarzeniach i o ofiarach terroru nakłada na Związek potrzebę dbałości o demokrację, o świat pracy, o wolność słowa?   

– Rocznice i pamięć Grudnia 1970 oraz wprowadzenia stanu wojennego nakładają na nas zobowiązanie, które dalece wykracza poza podstawowe zadania przypisane związkom zawodowym. To nie jest slogan. Przecież „Solidarność” powstała w konsekwencji wydarzeń w naszej ojczyźnie. Jednym z nich był Grudzień roku 1970. W strajku w sierpniu 1980 roku brali udział stoczniowcy doskonale pamiętający tragedię sprzed dziesięciu lat. Tamto doświadczenie determinowało ich postawy. To oni współtworzyli „Solidarność”. W grudniu 1970 roku drastyczna podwyżka była wprowadzona tuż przed świętami. To wskazuje na prowokację w kontekście walki o władzę w łonie tejże władzy. Przecież organa bezpieczeństwa miały już wcześniej informacje, że napięcie narasta i grozi wybuchem społecznym.

Gdyby nie NSZZ „Solidarność” żyłoby się przeciętnemu obywatelowi znacznie gorzej, a sytuacja pracowników odbiegałaby in minus od obecnej. Przez lata słyszeliśmy na przykład, że mamy konkurować kosztami pracy, że kodeks pracy to przeżytek. Były próby podważania zabezpieczeń pracowniczych i wyjmowania pewnych elementów cywilizujących warunki zatrudnienia. Choćby lekceważąc umowy o pracę przy zamówieniach publicznych. To dzięki Związkowi udało się zabezpieczenia te utrzymać, a nawet poprawić.

– Za tę prowokację, służącą wymianie ludzi u władzy, życiem zapłaciły 44 osoby…

– W ich rachubach i planach okazało się, że musiało zginąć kilkadziesiąt osób, a kilka tysięcy rannych, wyrzuconych z pracy. Zenon Kliszko, działacz komunistyczny jeszcze sprzed wojny i prawa ręka Gomułki, przecież powiedział, że z kontrrewolucją trzeba walczyć przy pomocy siły, a nawet jeżeli zginie trzystu robotników, to bunt zostanie zdławiony. Dla tego towarzystwa z tak zwanej zjednoczonej polskiej partii robotniczej znaczenie miało tylko utrzymanie się przy władzy. Tak traktowali państwo i społeczeństwo. A nam pozostało upominać się o rozliczenie, o sprawiedliwość. Słowo „przepraszamy” z ich ust nie padło. Po Grudniu kolejnym kamieniem milowym na drodze ku wolności, kolejną, jak to nazwał ksiądz kanonik Ludwik Kowalski, gwiazdą wyznaczającą nasz szlak narodowy, były robotnicze wystąpienia w Radomiu, Ursusie, Płocku i wielu innych miastach w 1976 roku.

– I rodzące się w latach 70. organizacje opozycyjne, w tym WZZ?

– Tak właśnie się stało. W każdym z tych protestów, obok postulatów związanych z rosnącymi cenami, były akcenty godnościowe i sprzeciw przeciwko fatalnej polityce rządu i partii komunistycznej. Pojawiły się postulaty zmian w związkach zawodowych, a nawet powołania nowych. Przyszedł lipiec 1980 roku, stanął Lublin i Świdnik, WSK Mielec, a na Wybrzeżu na przykład Polmo w Tczewie, lokomotywownia w Gdyni. Uczestniczyli w tych protestach lat 70. nasi koledzy, ktoś z naszych rodzin. Na Wybrzeżu były tysiące rodzin, które zetknęły się z brutalnością reżimu, w których ktoś został poszkodowany w wyniku zbrodni grudniowej lub pałowania ludzi w Radomiu. To tworzyło klimat, w którym dojrzewała myśl o wolnych związkach zawodowych, która urzeczywistniła się w NSZZ „Solidarność”. Narastała świadomość, że możliwością przeciwstawienia się wyzyskowi, panoszeniu się partyjnych kacyków, jest stworzenie związków zawodowych, które nie będą infiltrowane i zarządzane przez taki czy inny komitet partyjny. Pacyfikacja Gdańska, Gdyni, Szczecina, Radomia pokazała, że na ulicach trudno jest zmagać się z władzą wyposażoną w aparat przemocy. Terenem, na którym robotnicy mogą w miarę bezpiecznie zorganizować protest, jest zakład pracy.

– Bynajmniej do 1981 roku, gdy na teren kopalń i stoczni wjechały T-54 z wieżyczkami obróconymi do tyłu, krusząc mury i łamiąc bramy…

– A w ślad za nimi wchodziła milicja. Ten manewr zastraszający zastosowano też w 1988 roku w Hucie Sendzimira (wówczas Huta im. Lenina – dop. red.) i w Stalowej Woli. To były akty desperacji konającego systemu. Władzy komunistycznej w 1981 roku wydawało się, że odcięła głowę „Solidarności”, że wsadzając do obozów internowania i do więzień 10 tysięcy ludzi, którzy mogli stanąć na czele protestu, Związek unicestwi. Ale się pomylili, mimo że mieli doskonałe rozeznanie wewnątrz „Solidarności”.

– Na czele PRL stali przez dwie dekady, mimo przetasowań, ci sami ludzie…

– Warto o tym przypominać, że ci sami ludzie wydawali rozkazy i realizowali operacje przeciwko społeczeństwu w 1970, w 1976 i w 1981 roku. Ministrem obrony narodowej był, wspierany przez szefa służb Czesława Kiszczaka, cały czas generał Jaruzelski, potem obejmując stanowiska I sekretarza partii, premiera…  

– A gdy parasol moskiewski się zwijał, przystąpiono do kolejnego etapu. Mimo siły systemu Związek nie dał się złamać. W tym roku minie 40 lat od jego narodzin. Jednak podziały ludzi „Solidarności” są nie do przezwyciężenia. Z jednej strony Frasyniuk, Borusewicz, Lis, Wałęsa – kontra Gwiazda, Wyszkowski, Kołodziej. Czy to szarpanie się na potrzeby bieżącej polityki kiedykolwiek ustanie, czy ten podział jest wpisany na trwałe w naszą współczesność? 

– Ależ poza pierwszym momentem wybuchu strajku oraz euforii po podpisanych porozumieniach te podziały były bardzo wyraźne. Przypomnę chociażby dramatyczny moment 16 sierpnia 1980 roku, końca strajku w Stoczni im. Lenina i jego wymuszoną kontynuację. Te podziały były. Mowa była o socjalizmie z „ludzką twarzą”, „socjalizm tak, wypaczenia nie”, było silne skrzydło lewicowe, ludzi o tradycji marksistowskiej. Z drugiej zaś strony była rzesza związkowców, dla których ważne były wartości katolickie, narodowe. W końcu w szeregach „Solidarności” był prawie milion członków PZPR, z których mnóstwo – służbowo. Było w Związku kilku członków KW PZPR. Takie było polecenie służbowe. Przecież chodziło o to, by „Solidarność” dzielić na nurty.

– Przypomnijmy, że 13 września 1980 r., gdy MKZ w Gdańsku podjął prace nad statutem związku, istniało 16 regionalnych organizacji związkowych. Dopiero 17 września 1980 r. zdecydowano o powołaniu jednej organizacji związkowej, obejmującej cały kraj, dzięki wystąpieniu Karola Modzelewskiego i pracy mecenasa Jana Olszewskiego oraz prof. Chrzanowskiego.

– Ano właśnie, zderzyła się koncepcja Lecha Wałęsy z postulatami z innych regionów, zwolenników związku silnego, ogólnopolskiego, który byłby realnym rozmówcą dla rządzącej niepodzielnie partii. Zatem „Solidarność” tworzyli ludzie, wywodzący się z różnych środowisk, o różnych poglądach i doświadczeniach oraz intencjach, którzy spotkali się w jednej organizacji. Wielość poglądów sprawiała, iż kwestią czasu było, że kolejne osoby odejdą. Było to naturalne. Niewielu z nas jednak przypuszczało, że część z nich przebierze się w stroje zajadłych przeciwników NSZZ „Solidarność”. Związek był dobry, gdy pomagał im realizować osobiste ambicje.

– „Solidarność” jest wyjątkowym związkiem, bo ogólnopolskim. Z efektów działań podejmowanych przez Związek korzysta całe społeczeństwo. Jakie były najważniejsze sukcesy Związku?  

– Każdy z nas może mieć swoje oceny i spojrzenie przez pryzmat własnych doświadczeń, ale nie ulega wątpliwości, że gdyby nie NSZZ „Solidarność” żyłoby się przeciętnemu obywatelowi znacznie gorzej, a sytuacja pracowników odbiegałaby in minus od obecnej. Przez lata słyszeliśmy na przykład, że mamy konkurować kosztami pracy, że kodeks pracy to przeżytek. Były próby podważania zabezpieczeń pracowniczych i wyjmowania pewnych elementów cywilizujących warunki zatrudnienia. Choćby lekceważąc umowy o pracę przy zamówieniach publicznych. To dzięki Związkowi udało się zabezpieczenia te utrzymać, a nawet poprawić.

– W dialogu?

– Samo pojęcie dialogu społecznego, bez sięgania do 1980 roku, do przepisów prawa wprowadziła „Solidarność”, to dzięki niej w Konstytucji RP znalazł się zapis, że społeczna gospodarka rynkowa oparta jest m.in. na solidarności, dialogu i współpracy partnerów społecznych. To „Solidarność” wywalczyła zapisy prawne o układach zbiorowych pracy, nie dało się tego, niestety, szerzej rozwinąć.

– Zjednoczona Prawica wpisała w poczet swych obietnic wyborczych część postulatów społecznych Związku, co niewątpliwie przyczyniło się do wygrania przez to ugrupowanie wyborów prezydenckich i wyborów do parlamentu. Działania „S” są odpowiedzią na właściwie zdiagnozowane oczekiwania Polaków?

– Z ostatnich lat przypomnę oczekiwane przez rodaków przywrócenie wieku emerytalnego 60/65 i wprowadzenie wolnych niedziel dla pracowników handlu wielkopowierzchniowego. Od marca 2018 roku pracownicy handlu mieli pierwszą niedzielę wolną od pracy. Wbrew zapowiedziom ekonomistów związanych z sieciami handlowymi, koniec świata nie nastąpił. Opieraliśmy się na argumentach i wyliczeniach. Straszono nas upadłościami, bezrobociem. Nic takiego się nie stało, a firmy i sieci handlujące w Polsce odnotowują systematyczny wzrost obrotów i dochodów. Udało nam się doprowadzić do objęcia ubezpieczeniem społecznym pracujących na umowach zleceniach. Bez tego przyszykowalibyśmy sobie bombę z opóźnionym zapłonem. Mielibyśmy bowiem za dekadę, dwie, gigantyczną, kilkumilionową grupę osób bez zabezpieczenia emerytalnego. Walczymy, by umowy cywilnoprawne były objęte w całej rozciągłości ubezpieczeniem społecznym.

– Szara strefa będzie zawsze…

– Oby jak najmniejsza. I tutaj doszło do jej ograniczenia poprzez wprowadzenie od września 2016 roku znowelizowanych przepisów kodeksu pracy, ograniczających zjawisko „syndromu pierwszej dniówki”. Umowę, z warunkami zatrudnienia, trzeba podpisać przed podjęciem pracy, a nie do końca pierwszego dnia. Obowiązek zgłoszenia pracownika do ubezpieczeń społecznych i ubezpieczenia zdrowotnego ciąży na pracodawcy. Skończył się czas, gdy setki tysięcy pracujących nieustannie było pierwszy dzień w pracy…

– Postulaty sierpniowe są zrealizowane?

– W roku 40-lecia „Solidarności” powiemy, że pierwszy gdański postulat został zrealizowany, bo doprowadziliśmy do sytuacji, w której trzy grupy zawodowe, ze służb mundurowych, uzyskały prawo do zrzeszania się i mogą przynależeć do wybranego związku zawodowego. Mogą się zrzeszać w dowolny związek zawodowy.

– Bolączką są płace i to wcale nie dlatego, że każdy chce zarabiać z natury więcej…

– I dlatego pod presją związków zawodowych doszło do pierwszego kroku w realizacji dyrektywy europejskiej oraz zaleceń MOP, by płaca minimalna wynosiła około 60 procent średniej płacy w gospodarce. Dzięki naszym nieustępliwym i systematycznym działaniom sięgnęliśmy 50 procent. Po drugie, każdy pracujący, niezależnie od formuły, wie, że nie można pracować za mniej niż minimalna stawka ustawowa. Weszło do prawa pojęcie najniższej stawki godzinowej. Przepisy o minimalnym wynagrodzeniu za pracę weszły w życie w 2017 roku i wprowadziły minimalną stawkę wynagrodzenia godzinowego dla osób wykonujących pracę na podstawie umów cywilnoprawnych. Mamy możliwość wybierania społecznych inspektorów pracy. Nie daliśmy tego zlikwidować. Udało się wreszcie zwaloryzować odpisy na fundusz świadczeń socjalnych, „zamrożony” na poziomie 2012 roku.

– Dla sprawnego i nowoczesnego państwa konieczna jest profesjonalna, godziwie wynagradzana kadra. Czy państwo będzie w końcu dobrym pracodawcą dla urzędników, nauczycieli, pracowników zawodów okołomedycznych? 

– W tych obszarach, moim zdaniem, doszło do zbyt dalekiej deregulacji, choćby przy kontraktowaniu usług medycznych. W opiece zdrowotnej warto zastanowić się, jak odejść od prywatyzowania działalności medycznej. Te procesy prywatyzacyjne, których doświadczyliśmy w opiece zdrowotnej, mogą przenieść się na oświatę. Będą różnicować poziom kształcenia według zasobności portfela. Uważam, że w tych zaniedbanych obszarach państwo ma za mało do powiedzenia, a za dużo samorząd terytorialny. Nie wystarczy przekazywać pieniędzy. Za bezpieczeństwo zdrowotne i za system kształcenia oraz jego poziom powinno odpowiadać państwo. Ta odpowiedzialność nie powinna być rozproszona. Jeśli jest nieskoordynowana, to jakość usług publicznych kuleje. Wysokie bezrobocie psuło przez lata rynek pracy, ale też generowało gigantyczne koszty i powodowało, że posiadanie zatrudnienia było wartością samą w sobie. To wpływało na poziom wynagrodzeń czy jakość pracy. Dziś bezrobocie jest śladowe, co wpływa na szybszy wzrost wynagrodzeń. Mam nadzieję, że w 2020 roku także większość pracowników sfery budżetowej otrzyma godziwe podwyżki wynagrodzeń, ale nie mam też wątpliwości, że tu też konieczny będzie nacisk naszego Związku.

Rozmawiał Artur S. Górski

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej