Solidarność na teatralnej scenie. Komisja Zakładowa NSZZ „Solidarność” w Teatrze Muzycznym w Gdyni

W minionym miesiącu, po raz pierwszy od dwóch lat, na scenie Teatru Muzycznego w Gdyni wystawiony został „Skrzypek na dachu”. Widzowie zareagowali entuzjastycznie, choć z powodu pandemii pracownikom nie było ostatnio do śmiechu. – Pomimo trudnej sytuacji staramy się zachować poprawne stosunki z dyrekcją, ponieważ uważam, że gramy do jednej bramki – mówi Iwona Warszycka-Kot, przewodnicząca Komisji Zakładowej
NSZZ „Solidarność” w Teatrze Muzycznym w Gdyni.

W skład Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność” w Teatrze Muzycznym w Gdyni wchodzą obecnie: Iwona Warszycka-Kot, przewodnicząca (muzyk, inspicjent), Krzysztof Lewańczyk, zastępca przewodniczącej (z sekcji oświetlenia) oraz Jerzy Wilmański, skarbnik (z pracowni stolarskiej).

Ze względu na COVID-19 sytuacja w kulturze przez długi czas mocno odbiegała od tego, jak powinna wyglądać. Ale także i teraz, mimo poluzowania obostrzeń, nie jest łatwo. – Ograniczenia liczbowe dotyczące widowni obejmują również osoby, które już zostały zaszczepione – zwraca uwagę przewodnicząca Komisji Zakładowej. Zapełnione może być 50 procent sali i koniec. Nijak się to nam nie bilansuje i nie spina finansowo przy dużych spektaklach. Przy małych, owszem, ponieważ są one przenoszone z małej sceny na dużą i widownia jest wówczas w tej samej wielkości. Natomiast przy dużych spektaklach pół zajętych miejsc na widowni absolutnie nie gwarantuje wymaganych wpływów.

To z kolei wiąże się z obniżeniem stawek. Zarobki pracowników teatru zostały zmniejszone w okresie pandemii w sposób drastyczny.

– Tak naprawdę w ciągu ostatnich 15 miesięcy graliśmy przez dwa pełne miesiące plus pojedyncze weekendy, więc łącznie uzbierałyby się z tego trzy miesiące występów – przyznaje Iwona Warszycka-Kot, która zawodowo jest muzykiem, a od kilku lat pracuje również jako inspicjent, a więc koordynuje przedstawienia.

Co składa się na pensje?

Znaczące zmiany w zarobkach są związane z tym, że pracownicy, którzy biorą udział w spektaklach oraz obsługują je zarówno przy scenie, jak i na widowni, mają pensje dwuskładnikowe. Kiedy nie grają, otrzymują tylko minimalną krajową.

– Jeden, dwa czy trzy miesiące można sobie poradzić, ale jeśli mówimy o całym roku, to sytuacja wygląda już słabo – dodaje przewodnicząca.

Na szczęście w tej trudnej sytuacji negocjacje między Komisją Zakładową a dyrekcją w sprawie etatów nie były potrzebne, ponieważ wszystkie zostały zachowane.

– Jak do tej pory nie było zwolnień i mam nadzieję, że ich nie będzie, ale dla osób, które mają zobowiązania kredytowe, praca za najniższą krajową pensję jest dramatem – mówi Iwona Warszycka-Kot. – Jest też sporo pracowników na umowach zleceniu i jeśli nie gramy, to oni nie otrzymują żadnego wynagrodzenia, więc są w najtrudniejszej sytuacji. Wprawdzie wiosną ubiegłego roku mieli możliwość dostania trzykrotnie postojowego z Zakładu Ubezpieczeń Społecznych, ale później ZUS dopisał do dokumentów hasło „przedsiębiorca”, co automatycznie wykluczyło takie osoby z grupy uprawnionej do otrzymywania pieniędzy. Z kolei my, etatowi pracownicy, dostaliśmy jednorazowo środki z Funduszu Wsparcia Kultury. Zresztą w ubiegłym roku było z tym spore zamieszanie. Najpierw pieniądze przyznano, a potem zostały one zakwestionowane przez część obdarowanych, więc po weryfikacji obniżono je wszystkim. Nie pojmuję już tego… Część obdarowanych  osób intensywnie pracowała w okresie świątecznym-noworocznym, np. w telewizji, gdzie otrzymywała zupełnie inne stawki. My działamy na innych zasadach, jesteśmy zdani wyłącznie na siebie, a z funduszu, po zmianie kwot, pracownicy etatowi otrzymali rekompensatę za średnio dwa miesiące grania spektakli.

Ze wsparciem dyrektora

Wywołujące wiele dyskusji i wątpliwości środki były rozdzielane przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Takich kłopotów nie ma natomiast w rozmowach z dyrekcją placówki. Tutaj Związek stara się współpracować, a nie tworzyć płaszczyzn do sporu… póki nie jest to koniecznie ze względu na dobro pracowników. 

– Mamy wsparcie ze strony dyrekcji na tyle, na ile jest możliwe. Sami również wspieramy działania, które są realizowane dla naszego dobra, aczkolwiek zdarzają się sytuacje, że jesteśmy zdani na siebie – przyznaje przewodnicząca Komisji Zakładowej. – Generalnie w Polsce obowiązuje hasło, że „nie ma pieniędzy”. A jak nie ma środków na szpitale, to na teatry tym bardziej.

Przewodnicząca zwraca uwagę, że w kraju panuje przeświadczenie o tym, iż bez kultury można żyć. Ale, jak mówi, nie jest to przekonanie społeczne, tylko rządzących. Pracownicy Teatru Muzycznego w Gdyni widzą bowiem, jak żywiołowo reagują ludzie, którzy tu przychodzą. 

– Dla nich teatr nie jest zbędny. Reakcja publiczności na „Skrzypka na dachu” była euforyczna, zresztą jak zwykle u nas. Mamy bardzo pozytywnie nastawioną widownię, która chętnie przychodzi na nasze spektakle. Widać pełne porozumienie emocjonalne, więc trudno byłoby nawet powiedzieć kto ma większą frajdę, czy my, czy widownia – cieszy się przewodnicząca. – U naszych pracowników przy każdym wznowieniu działalności widziałam łzy radości i wzruszenia. Na widowni było to samo.

Patrząc z drugiej strony, czasu na wznowienia wystawianych sztuk po otwarciu teatrów, na przykład „Skrzypka na dachu” czy „Rewii”, było bardzo mało. Wszystko odbyło się ekspresowo, tym bardziej że na scenie pojawiło się kilkanaście nowych osób. Starania doceniają widzowie, przykładowo jeden z widzów powiedział, że bilety do gdyńskiego teatru powinny być przepisywane na receptę, ponieważ spektakle tak bardzo podnoszą morale, poprawiają nastrój i dają energię. Związkowcom z gdyńskiego teatru było więc podwójnie przykro, że takie placówki zostały otwarte praktycznie na samym końcu, w tym samym czasie co restauracje.

– One również miały ciężko, ale gastronomia mogła działać na wynos i dostarczać w ten sposób zamówienia. To nie jest to samo co działalność osobista, na miejscu, ale jednak coś. My próbowaliśmy ratować się formułą on-line, jednak nasz widz przyzwyczajony jest do osobistego kontaktu. Momenty, kiedy aktor łapie kontakt wzrokowy i emocjonalny z widzem, są bezcenne – tłumaczy przewodnicząca KZ.

Teatr może przynosić zysk…

Najważniejszy w obecnej sytuacji plan na przyszłość, zarówno pracujących w teatrze związkowców, jak i innych osób, to… wrócić do rzeczywistości. – Do tej normalnej i prawdziwej – mówi Iwona Warszycka-Kot. – Podejrzewam, że wiele problemów samo się rozwiąże, gdy będziemy mogli pracować i realizować to, co jest naszą pasją. Nasz zawód jest o tyle specyficzny i różniący się od np. pracy biurowej czy sklepowej, że nie jest to praca „od do”. Wykonuje się ją cały czas, to siedzi gdzieś w człowieku. Tak więc na razie walczymy o niezbędne dofinansowanie. Chcemy poprawić byt zwłaszcza tym, którzy są w najtrudniejszej sytuacji. Oczywiście, całemu teatrowi nie jest łatwo, ale koszty stałe mamy zabezpieczone. Jesteśmy jednym z niewielu w Polsce teatrów muzycznych, które grając, przynoszą zysk.

To sytuacja dość niespotykana w branży kulturalnej, ponieważ w większości teatry utrzymują się z dotacji. Gdyński również otrzymuje takie środki, ale wpływy z biletów stanowią niebagatelną część dochodów. Z powodu koronawirusa placówka znalazła się więc w szczególnie trudnej sytuacji. To, co było atutem, a więc duża scena i spektakularne tytuły, których nie mieli inni, stało się obciążeniem.

…bo ludzie doceniają Muzyczny

– Mamy przecudowną, wierną i kochaną widownię – cieszy się przewodnicząca KZ. – Komentarze publikowane m.in. na Facebooku były serdeczne i życzliwe, dawały nam siłę, ale aktorzy pragnęli kontaktu z widzem. Jak my im dajemy energię, tak oni dają ją również nam. Ta możliwość nawiązania interakcji jest bezcenna.

Czas, kiedy aktorzy nie mogli grać, nie był jednak w pełni stracony. Członkowie Związku brali wówczas udział w szkoleniach organizowanych przez Zarząd Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”, związanych na przykład z  zakładowym funduszem świadczeń socjalnych czy mobbingiem (większość z nich, ze względu na obostrzenia, odbywała się w formie on-line).

– Gdy jest dobrze i teatr hula, to interwencje Związku nie są konieczne. Staramy się współpracować z dyrekcją, lecz kiedy coś się sypie, trzeba ratować sytuację. Podobnie jak dyrektor, tak i my próbujemy interweniować w Urzędzie Marszałkowskim w Gdańsku, który jest głównym organem nas finansującym oraz w Urzędzie Miasta Gdyni, który nas współfinansuje, prosząc o dodatkowe pieniądze na wsparcie i przetrwanie – mówi Iwona Warszycka-Kot.

Wspólne działania, prowadzone na rzecz pracowników, powodują, że liczba członków „Solidarności” rośnie, nie tylko wśród etatowców, ale również wśród osób, które pracują na umowach zleceniu. Nowi członkowie nie dochodzą lawinowo, ale bilans jest na plusie. Co ich przekonuje? Nie tylko związkowe bonusy czy programy, ale fakt, że im więcej osób jest w Związku, tym silniejsza jest „Solidarność”. Przewodnicząca zastrzega, że nie jest to jej sukces, ale efekt wspólnej praca. W Teatrze Muzycznym w Gdyni działa także drugi związek aktorów, z którym „Solidarność” współpracuje, na przykład przygotowując wspólnie pisma.

– Dla mnie priorytetem jest to, że im nas więcej, tym większą mamy siłę przebicia – podsumowuje Iwona Warszycka-Kot. –  Mamy jeden cel, a w jedności siła. 

Tekst i zdjęcia: Tomasz Modzelewski

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej