Ulica i granica

Doprawdy, trudno pojąć, o co chodzi totalnej opozycji w sprawie konfliktu imigracyjnego na polsko-białoruskiej granicy. Tym trudniej dociec, jak zachowałaby się dzisiejsza opozycja, gdyby dziś sprawowała władzę. Innymi słowy – gdyby było tak, jak było. Czy naprawdę wywiesiliby wielki transparent (zamiast zasieków) z napisem Herzlich willkommen (serdecznie witamy), poddając się terrorowi Łukaszenki, a pewnie i Putina? Wbrew oczywistym interesom nie tylko Polski, ale całej Europy? Piszę „całej Europy”, bo wielce znaczące jest przecież milczenie autorki owego powitania sprzed kilku lat, Angeli Merkel, zasiadającej ostatnie tygodnie na kanclerskim urzędzie. Tym bardziej że dla zdecydowanej większości potencjalnych migrantów to nie Polska jest ostatecznym celem wędrówki, a bogate, także w socjalne przywileje, Niemcy.  Myślę, że wszyscy zdają sobie sprawę (być może za wyjątkiem polskiej opozycji), że w tym przypadku sytuacja jest zerojedynkowa. Otwarcie granicy dla części spowoduje dalszy exodus i zachęci do kontynuowania tej bezprecedensowej agresji reżim białoruski. Bo przecież oczywiste jest, że tym razem przemytnikiem ludzi nie jest przestępczy gang, ale aparat współczesnego państwa. Czy nie żal więc ludzi koczujących na granicy? Oczywiście, żal. Ale trzeba też pamiętać, że większość z nich świadomie wybiera tę drogę, płacąc niemałe pieniądze, nie uciekając przy tym przed wojną czy więzieniem i nie korzystając z gwarantowanej prawem międzynarodowym legalnej drogi wystąpienia o azyl  polityczny. Najpewniej więc naszej rodzimej opozycji – jak zwykle – chodzi o dowalenie rządzącym w myśl znanego hasła „ulica i zagranica”, tyle że tym razem zagranicą nie jest Bruksela i Berlin, tylko Mińsk i Moskwa. A gdzie interes Polski?

„Ulicą” dziś jest protest medyków. Oczywiście, można powiedzieć, że rząd się trochę sam doigrał. Wielokrotnie pisałem, że przy rosnących płacach sfery produkcyjnej i obecnej inflacji brak podwyżek w tzw. sferze budżetowej musi skutkować protestami. Dziś są medycy, jutro zapewne będą nauczyciele, których – wbrew porozumieniu sprzed dwóch lat – mami się potencjalnymi podwyżkami, przy jednoczesnym zwiększeniu nauczycielskiego pensum. Innymi słowy nauczyciel, który dziś ma cztery nadgodziny w tygodniu, jutro miałby je wliczone do podstawowego etatu i zarabiał tyle samo. Czy naprawdę minister edukacji uważa, że nauczyciele nie potrafią liczyć? Oświatowa „Solidarność” stawia jednak na dialog i wysuwa realne postulaty. Trudno o taką ocenę wspomnianego protestu medyków. Jeżeli bowiem prawdą jest – a tak wynika ze słów ministra zdrowia – że realizacja postulatów protestujących wymagałaby już w przyszłym roku nakładów rzędu kilkudziesięciu miliardów złotych, to nikt tego nie zrealizuje. Podobnie nie zachęca do dialogu ostentacyjne wywieszenie w tzw. miasteczku protestujących słynnych już ośmiu gwiazdek… Powtórzę po raz kolejny – konieczne są rozwiązania systemowe, które zapewnią powiązanie płac w całej sferze finansów publicznych z kilkoma wskaźnikami makroekonomicznymi, takimi jak wzrost PKB, inflacja czy przeciętna płaca w gospodarce narodowej.

Na koniec kilka zdań o jeszcze jednej zmianie, która budziła emocje w polskim parlamencie – fundamentalnych zmianach systemu podatkowego. Piszemy o tym obszernie w raporcie „Magazynu”. Z jednej strony zapewne te zmiany nie wpłyną w zasadniczy sposób na budżet państwa, z drugiej jednak poprawią niewątpliwie sytuację najsłabiej i przeciętnie zarabiających, a nie pogorszą sytuacji tych, którzy zarabiają trochę więcej. Podnosząc kilkakrotnie próg kwoty wolnej od podatku, chronimy najsłabiej uposażonych emerytów i pracowników z płacą minimalną. Podnosząc o pięćdziesiąt procent drugi próg podatkowy – umożliwiamy oddech tym lepiej zarabiającym i rekompensujemy potencjalne „straty” wynikające z „urealnienia” składki zdrowotnej. „Urealnienia”, bo przecież paradoksalnie pracownicy etatowi płacili nie 9 procent składki na zdrowie tylko 1,25, bo pozostałą część odliczało się od podatku. Do owych 9 procent dosypywało więc państwo z budżetu, a więc między innymi także z podatków obywateli. Oczywiście te zmiany dotkną tych najlepiej zarabiających i część przedsiębiorców. Tyle że ci ostatni, do tej pory zarabiając nawet kilkadziesiąt tysięcy polskich złotych na miesiąc, często danin na rzecz państwa płacili mniej niż etatowy przeciętnie zarabiający pracownik.

Dzieje się więc sporo, a zapewne to nie koniec emocji. Za oknami wszak czwarta fala koronawirusa, a ruch antyszczepionkowców nie zamierza odpuszczać. Czy obudzimy się, gdy znowu dziennie znikać ze świata będzie średniej wielkości wioska?

Jacek Rybicki

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej