Potrzebny jest zdrowy rozsądek

Koronawirus w powtórnym natarciu, a – co gorsza – kolejne rekordy bije także Pomorze. Wiosną byliśmy regionem najbezpieczniejszym, dziś przesunęliśmy się do niechlubnej czołówki. Owszem, w lipcu i sierpniu rodacy tłumnie stawili się nad Bałtykiem, ale od wakacji minęło już sporo czasu. Wróciliśmy niemal do normalności, ale przecież tak się dzieje w całej Polsce. Co gorsza, covidowe ogniska przeniosły się z wesel do pomorskich zakładów pracy, i to niekoniecznie tych największych. Wydaje się więc, że duże firmy wdrażają na co dzień odpowiednie procedury i pilnują ich przestrzegania (choć i tu są wyjątki), natomiast te mniejsze uznały, iż pandemia się skończyła. Niedawno zamawiałem w sklepie przesyłkę sporych gabarytów. Po złożeniu zamówienia dostałem blisko stronicową instrukcję, jak ją bezpiecznie odebrać.  Szczegółowo opisany proces obejmował m.in. własny długopis do podpisu faktury czy rękawiczki. Zaznaczono też, że przesyłkę powinna odbierać jedna osoba. I co z tego, gdy z samochodu wyszło dwóch młodych ludzi nieuzbrojonych w żadne środki ochrony, a na zwróconą uwagę odpowiedzieli, że w maseczkach źle się pracuje. Takie zachowania możemy zresztą obserwować codziennie w sklepach, środkach komunikacji publicznej itp. Specjalnie nie przejmują się tym stosowne władze. Być może wydaje się im, że wystarczy wydać kolejne rozporządzenie, zamalować kilka powiatów na żółto, a kilka na czerwono. Nie wystarczy. Gdzie te czasy, gdy po trójmiejskich osiedlach jeździły radiowozy z komunikatami, by zostać w domu. A przecież wówczas rekordy zachorowań oscylowały wokół kilkuset dobowych przypadków. Dziś jest ich kilka razy więcej. Czy naprawdę obudzimy  się dopiero wtedy, gdy kościoły zamienią się w kostnice, a hale sportowe w szpitale polowe? A przecież takie obrazki z wiosennego przesilenia na południu Europy pamiętamy. Widać wyraźnie, że władze wszystkich europejskich krajów oceniły, że drugiego zamknięcia gospodarka nie wytrzyma. Ale nie oznacza to, że powinniśmy do kieszeni schować zdrowy rozsądek. Wprawdzie nie widzimy wokół siebie umierających, bo do tego dochodzi w zamkniętych szpitalach. Nie oglądamy też zdjęć rentgenowskich rozpadających się płuc. Pocieszają nas informacje, że kolejni zakażeni sportowcy zdrowieją i wracają na boiska, hale i korty tenisowe. Ale najczęściej zawodowymi sportowcami nie jesteśmy. A władze – na każdym szczeblu – powinny o tym mówić, a jeżeli wydają rozporządzenia – zadbać o ich przestrzeganie. 

Zdrowy rozsądek, a może także zwykłą przyzwoitość do kieszeni na dłuższą chwilę schowała pani prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz, która była główną bohaterką reportażu dla niemieckiego radia publicznego pt. „Kampania PiS przeciwko Gdańskowi”. Z niemieckimi słuchaczkami i słuchaczami była łaskawa podzielić się wyjątkowymi refleksjami. Należały do nich stwierdzenia, jak to w Polsce wolność zabierana jest po kawałku zupełnie tak samo jak w hitlerowskiej Rzeszy, czy też, jak płacze jej mama, bo jest gorzej niż za komuny. Tych twierdzeń nie poparła listą tysięcy internowanych, więzionych czy zabitych. Nie wskazała też, jakie to kawałki wolności są systematycznie odbierane. Ale w świat poszło. Na tym tle nawet pan Bazyl Kerski wypadł blado, choć stwierdzenie między wierszami, że kto wie, czy Wojska Obrony Terytorialnej nie staną się politycznymi bojówkami zasługuje również na podkreślenie. Czy można się później dziwić, że z ust niemieckiego polityka słyszymy, że Polskę trzeba zagłodzić, ograniczając unijne finansowanie, a pięćdziesięciu ambasadorów podpisuje list otwarty, w którym żądają od władz łamania Konstytucji RP? Bo przecież to tam zapisany i opisany jest model rodziny, który ma obowiązek wspierać i promować polskie państwo.

Zdaniem pani Dulkiewicz obecny rząd jest zły, i basta. Nic to, że ten brzydki rząd ratuje gdańskie zabytki, wspiera wielkie infrastrukturalne gdańskie inwestycje. Nic to, że polityka tego brzydkiego rządu wpłynęła na wzbogacenie się miasta o kilkaset milionów złotych dodatkowych przychodów podatkowych. Można jedną ręką podpisywać umowę o dofinansowaniu gdańskiej spalarni w wysokości łącznej ponad 300 mln zł, a drugą wygrażać, że PiS prowadzi przeciwko Gdańskowi wojnę i ogłaszać to w niemieckim radiu. Można? Pewnie, że można.

Jacek Rybicki

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej