O wyborach i pandemii

Polska restrykcje z powodu epidemii koronawirusa wprowadziła dwanaście dni po pierwszym wykrytym przypadku zakażenia i dwa dni po pierwszym zgonie. Nikt na świecie nie zrobił tego szybciej.

Kilka dni wcześniej, gdy epidemia szalała już w Europie Zachodniej, dziesiątki tysięcy kibiców z Madrytu przyjechało do Liverpoolu na mecz Ligi Mistrzów, a trzydzieści tysięcy udało się z Bergamo – epicentrum epidemii we Włoszech – do pobliskiego Mediolanu również na mecz piłki nożnej. Jak opowiadał 48-letni kibic Liverpoolu, w kilka dni potem zachorował. Przeżył. Ale jego ojciec już nie.

Wówczas minister Łukasz Szumowski podkreślał, że epidemii nie unikniemy, ale naszym celem jest tzw. spłaszczenie liczby zachorowań, aby „jednoimienne” szpitale były w stanie przyjmować pacjentów. Mimo potknięć, których zresztą nie uniknęły najbogatsze kraje, to się udało modelowo. Oczywiście, także dzięki dobrej dyscyplinie społecznej – nieoswojeni z niewidzialnym wrogiem Polacy rzeczywiście zamknęli się w domach i przestrzegali reguł narzuconych przez władze.

Co w tym czasie robi totalna opozycja? Wobec sondażowej klęski głównej kontrkandydatki Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich, przede wszystkim myśli o tym, jak zmienić kandydata. Ponieważ w przypadku wyborów majowych jest to niemożliwe, więc rozpętuje kampanię histerii, której ukoronowaniem jest obstrukcja Senatu i bunt niektórych samorządów. Słynne „koperty śmierci” marszałka Grodzkiego pojawiają się w debacie publicznej w tym samym czasie, gdy samorząd Warszawy wysyła tysiące korespondencji do obywateli, podobnie zresztą jak inne samorządy i urzędy publiczne.

Tymczasem już w kwietniu pisałem, że wyobrażam sobie bez problemu zarówno wybory korespondencyjne, jak i „normalne”, oczywiście przy zachowaniu odpowiednich procedur bezpieczeństwa. Wszak nikt nie powie, że przez cały maj nie wyszedł z domu do sklepu czy nie otworzył swojej skrzynki pocztowej, nie mówiąc oczywiście o udaniu się do pracy. Miliony ludzi nie miało przecież możliwości pracy zdalnej. Zablokowanie demokratycznych wyborów wyłącznie po to, by zmienić nietrafionego kandydata, to rzeczywiście coś absolutnie niesłychanego w trzydziestoletniej historii najnowszej. Po raz kolejny wypada powtórzyć, że gdyby taką „akcję” wykonał PiS, to wrzask protestów słychać by zapewne było na obu biegunach.

Wybory więc zostały przesunięte, ale nie oznacza to końca prób rozmaitych manipulacji. Bo jak nazwać podejmowane próby dalszego przesuwania terminu głosowania? Zapewne odbywały się gorące dyskusje nie o tym, jak skutecznie walczyć z pandemią, a o tym, co nam się bardziej opłaca, kiedy z polską gospodarką będzie gorzej, bo dla nas – to lepiej. Dopiero jak stosunkowo nieźle wypadły pierwsze notowania kandydata bis, okazało się, że termin czerwcowy jest możliwy. Ale dalej destrukcja jest celem samym w sobie. Próby odwoływania kolejnych ministrów są tego najlepszym przykładem, z bezpardonowym atakiem na ministra zdrowia na czele. Nie mam bowiem żadnej wątpliwości, że to decyzje Łukasza Szumowskiego ocaliły życie tysięcy Polaków. Dosłownie. W Polsce nie widzieliśmy wojskowych ciężarówek wywożących zwłoki, tak jak w Bergamo, kościoły nie stawały się kostnicami, a sale sportowe – szpitalami, jak w Hiszpanii, lekarze nie musieli decydować, kogo podłączyć do respiratora, a kogo nie, jak w bogatych Niemczech czy Holandii. To są fakty. Ale – zdaniem opozycji – tym gorzej dla faktów.

A przecież przemyślane obostrzenia i tak nie były tak dotkliwe, jak w końcu wprowadzone we wspomnianych wcześniej krajach. Nie zamykano miast i regionów, jak w Lombardii, nie wprowadzano specjalnych przepustek, pozwalających na wyjście z domu – jak w Rzymie czy Paryżu. To pokazuje, że była to ryzykowna, ale skuteczna strategia, której celem nadrzędnym było ratowanie ludzi i ograniczenie strat. Tymczasem opozycja, a przynajmniej znaczna jej część, z epidemii uczyniła wielką rozgrywkę polityczną, której celem podstawowym było dokopanie rządzącym. Zresztą rozgrywkę częściowo udaną – wszak wybory w maju się nie odbyły, a kompletnie pogubiona kandydatka na prezydenta została podmieniona. Czy wyborcy dadzą się omotać do końca?

Na razie pan Trzaskowski przestawił zwrotnicę i chce obiecać Polakom więcej niż PiS. Zapowiada więc zamknięcie inwestycji infrastrukturalnych i rozdanie tych pieniędzy ludziom. Już sam w sobie taki zwrot budzi nieufność. Ale kandydat PO zdaje się przy tym zapominać, że w dużej mierze jest to niewykonalne, ponieważ znaczna część środków przeznaczonych na te cele nie pochodzi z budżetu – są to albo środki celowe z UE, albo też środki prywatnych inwestorów. Jednak nawet jeśli ten „szczegół” pominiemy, to zawsze właśnie tego typu inwestycje były kołem zamachowym gospodarki ułatwiającym wyjście z każdego kryzysu. To fakt. Tym gorzej dla niego.

28 czerwca oddamy swój głos i wybierzemy prezydenta. W pierwszej lub drugiej turze. Na pięć lat. Nie mam wątpliwości, że dla pracowników to Andrzej Duda jest gwarantem przyjaznej polityki społecznej. Dowodzi tego choćby fakt błyskawicznej realizacji jednego z punktów porozumienia programowego podpisanego niedawno z NSZZ „Solidarność”: stworzenia tzw. Funduszu solidarnościowego, umożliwiającego pomoc osobom zwalnianym z powodu kryzysu wywołanego epidemią. Takie przykłady można by mnożyć. Pamiętajmy o tym pod koniec czerwca. Ta „inwestycja” na pewno się zwróci.

Jacek Rybicki

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej