Brzydkie hasło

W złowrogim cieniu pandemii odbywa się kolejny spektakl mający na celu obalenie demokratycznie wybranego rządu i większości parlamentarnej. Tym razem towarzyszy temu głęboko filozoficzne i mocne intelektualnie hasło: „wyp….ć”. Wraz z tym hasłem po raz kolejny jak w soczewce widać, jak rozumieją demokrację, konstytucję i porządek prawny grupy naszych obywatelek i obywateli, tych, którzy przecież jeszcze niedawno ubierali pomniki w koszulki z napisem „konstytucja”, a „demokrację” odmieniali przez wszystkie możliwe przypadki. Demokracja to rządy „naszego ludu”, a konstytucja stanowi fundament demokracji, gdy broni naszych poglądów. W innym przypadku to dyktatura i faszyzm. Proste?

Ale warto cofnąć się trochę w czasie i przestrzeni. Jak wiemy, Trybunał Konstytucyjny w polskim porządku prawnym jest powołany do oceny, na ile rozwiązania zaproponowane przez ustawodawcę są zgodne z ustawą zasadniczą. W konstytucji z 1997 roku, nomen omen uchwalonej przez lewicowo-liberalną większość parlamentarną i dzięki swoistym kruczkom prawnym przyjętą w referendum, prawo do życia podlega szczególnej ochronie państwa. Już w tym samym roku TK pod przewodnictwem dzisiejszego guru opozycji prof. Andrzeja Zolla uznał, że prawo do ochrony życia obowiązuje od jego poczęcia, a aborcja z tzw. względów społecznych jest w tym kontekście niezgodna z konstytucją.

Nie trzeba być profesorem nauk prawnych, żeby domniemać, że prędzej czy później TK podobnie oceni możliwość dokonania aborcji (zabicia dziecka poczętego) z powodów jego możliwej nieuleczalnej choroby (tzw. aborcja eugeniczna). Czy wobec tego osoby o odmiennych poglądach nie mają innych możliwości działania? Zdaniem osób wierzących i doktryny Kościoła prawo do ochrony życia należy do podstawowych i niepodlegających dyskusji niezbywalnych i naturalnych praw człowieka. Ale przecież można sobie wyobrazić, że w demokratycznych wyborach zwolennicy innych rozwiązań uzyskają tzw. większość konstytucyjną, która umożliwi im wprowadzenie alternatywnych rozwiązań prawnych. Tyle tylko, że protest pod hasłem „wyp….ć” jest przecież mniej skomplikowany i emocjonalnie bardziej czytelny. A że narusza fundamentalne prawa osób o innych poglądach? Że depcze narodowe symbole? Że wzywa do fizycznej agresji? Że depcze demokratyczny wybór większości? Takie prawa lewicowej rewolucji i społecznej inżynierii.

Wróćmy na moment do złowrogiego cienia pandemii. Gdy patrzę na tłumy protestujących, wydaje mi się, że – przynajmniej część z nich – ma w głębokim poważaniu fakt, że ich działania mogą nieść chorobę i śmierć setkom innych. Sygnalizowany przez epidemiologów wzrost  zakaźności wirusa przy jednoczesnym spadku jego „zjadliwości” (dziś to niewiele ponad 1 procent zgonów) sprzyja – niestety – takim zachowaniom. Innymi słowy, jeżeli zachoruję, to zapewne jakoś przetrwam, a oni będą musieli „wyp…ć”! Problem w tym, że w skali makro jesteśmy rzeczywiście w ślepej uliczce – gigantyczny wzrost zachorowań wśród personelu medycznego, obłożenie szpitalnych łóżek i respiratorów, logistyczna niewydolność systemu – to wszystko oznacza, że idziemy po krawędzi. Ale jeżeli tę krawędź przekroczymy, to zawsze będzie można ogłosić, że to wina podejmujących decyzje…  

I na koniec coś z naszego związkowego podwórka, ale równie dobrze mogłoby wypełnić sąsiednią rubrykę „I śmieszno, i straszno”. Bo oto wicelider chyba najbardziej antyzwiązkowego ugrupowania w historii III RP, prezydent Warszawy – a więc pracodawca dla wielu tysięcy pracowników – elementem składowym swojego nowego ruchu chce uczynić… powołanie nowej centrali związkowej. Wprawdzie w skali mikro sprawa jest powszechnie znana – pracodawcy, którzy chcą spacyfikować niezależność pracowników, często powołują tzw. żółte związki zawodowe, ale w skali makro tego jeszcze nie było. Choć mogę się mylić – wszak rozwiązanie NSZZ „S” i powołanie OPZZ w ciemną noc stanu wojennego to wypisz wymaluj rzecz analogiczna. Z tą różnicą, że Rafał Trzaskowski nie ma (jeszcze) możliwości delegalizacji NSZZ „S”. Ale wspólnie z Lechem Wałęsą, Bonim i innymi „przyjaciółmi” z tego kręgu wtajemniczenia, kto wie?

Jacek Rybicki

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej