Strzebielinkowcy: Jarosław Deska. “Nasza cela była produktywna”

Nasz cykl rozmów z osobami internowanymi w czasie stanu wojennego w obozie w Strzebielinku

Jarosław Deska, rocznik 1947, członek NSZZ „Solidarność”, współzałożyciel związku w starogardzkiej Polfie, delegat na I WZD, członek ZRG, internowany w Strzebielinku od 23 lutego do 9 grudnia 1982 r.

– Spędził Pan w Strzebielinku prawie rok. Może Pan porównać początek i koniec odosobnienia, co zmieniło się przez ten czas?

– Byłem tam prawie dziesięć miesięcy, więc mam skalę porównawczą. Gdy mnie internowano, nie było już wymuszeń ze strony klawiszy. Wcześniej, jak mi opowiadali koledzy, chciano wobec internowanych zastosować regulamin więzienny. Spacery odbywały się najpierw raz, a potem dwa razy dziennie. Oprócz tego był zakaz podchodzenia do okien, telewizja dostępna co czwarty dzień, a następnie apel. O godzinie 18 zmieniali się klawisze i w związku z tym doszło do jednej zabawnej sytuacji. Otrzymałem zgodę na to, żeby pójść do innej celi. Klawisz, który kończył służbę, stwierdził, że stan osobowy się zgadza. Ale po nim przyszedł inny i powstał problem. Ten nowy zauważył, że w celi nr 9 brakuje jednego człowieka, aczkolwiek nie pomyślał, że w celi nr 10 jest o jednego za wiele. W każdym razem strażnicy liczyli nas ze trzy razy, ale na jakiś czas skończyło się chodzenie na karty.

– W Pana przypadku internowanie przebiegało dość specyficznie…

– Z tego co wiem, od razu znalazłem się na liście osób przewidzianych do internowania. Moje wypowiedzi były, jak na tamte czasy, dosyć radykalne, nie owijałem niczego w bawełnę. Ale przyszli po mnie 13 grudnia, akurat wtedy, gdy wykorzystywałem urlop profilaktyczny. Przebywałem z rodziną w okolicach Częstochowy. Tam zastał nas stan wojenny. Gdy wróciliśmy 14 grudnia, sąsiad powiedział, że było po mnie dwóch mundurowych i cywil. W pracy również się o mnie pytali. Liczyłem się więc z tym, że mogę zostać internowany w każdej chwili. Po nowym roku zaczęły się weryfikacje pod kątem przydatności do zajmowanego stanowiska. Wezwanie na milicję otrzymałem 15 lutego. Tam chciano, żeby podpisał oświadczenie o przestrzeganiu konstytucji PRL oraz dekretu o wprowadzeniu stanu wojennego. Odmówiłem, więc zaczęto mnie straszyć. Na odchodne usłyszałem, że zostanie sporządzona informacja dla komendanta wojewódzkiego MO. Przyszli po mnie dokładnie tydzień później; dwóch cywilów i dwóch mundurowych. Powiedziano mi, żebym ucałował dzieci i pożegnał się z żoną. Zostałem zaprowadzony do nyski i przewieziony w kajdankach do komendy. Tam wręczono mi decyzję o internowaniu z 12 grudnia. 24 godziny byłem w areszcie w Starogardzie Gdańskim, następnie wożono mnie i przez Gdańsk zostałem zawieziony do Strzebielinka.

– Jak wyglądało spotkanie z przedstawicielami Międzynarodowego Czerwonego Krzyża?

– Najpierw odbyło się ogólne spotkanie zorganizowane na korytarzu. Tam powiedziano nam, że po celach będzie chodzić lekarz i jeżeli ktoś ma jakieś problemy zdrowotne, to należy mu to zgłosić.

– Z kim był Pan w celi?

– W sumie to były 23 osoby, ponieważ przewinąłem się przez trzy cele. Na początku trafiłem do celi 9 w pawilonie 1 jako trzeci członek Zarządu Regionu, obok Adama Drąga i Henryka Mierzejewskiego. Byli tam także nieżyjący już Andrzej Butkiewicz, Leszek Jankowski z Ruchu Młodej Polski, inżynier Henryk Kraska, Andrzej Radomski z Polifarbu i Marek Skański z zakładów rafineryjnych. Pod koniec marca do Strzebielinka zostały dowiezione osoby, które przebywały w Potulicach. Do naszej celi trafili Wiesław Główczyński i Jakub Jasinski z UG, Jerzy Kmiecik ze Stoczni Północnej, Leszek Przysiężny z Niezależnego Zrzeszenia Studentów oraz Piotr Rosa, który w Strzebielinku wziął cywilny ślub. Latem udzielono mi przepustki. Gdy wróciłem, pawilon 1 był już zajęty przez skazanych pracujących na budowie w Żarnowcu. Wówczas zostałem ulokowany, jak jedyny członek „Solidarności”, w celi 35 w pawilonie 3. Tam byli Janusz Hetel, Andrzej Kisiel, Andrzej Stankiewicz, Bolesław Briankin, Andrzej Trzaska, z którym utrzymuję kontakty do dziś, i Zbigniew Zwierzyński. Po kilkunastu dniach otrzymałem zgodę na przeniesienie do celi nr 20 w pawilonie 2, gdzie byłem z Janem Skibą, Marianem Balinem, Stanisławem Burym, Witoldem Walentynowiczem, bratem Anny Walentynowicz, Janem Eichelbergerem i Andrzejem Trzaską, który wcześniej był ze mną w celi nr 35.

– I razem robili panowie znaczki…

– Nasza cela w nocy była bardzo produktywna. Andrzej Trzaska wykonywał różne projekty, Stanisław Bury, Jan Skiba, Jan Eichelberger i ja byliśmy bezpośrednimi wykonawcami, ponieważ ze względu na wykorzystanie różnych kolorów do jednego znaczka bywały potrzebne nawet cztery matryce. Pracowaliśmy w nocy z czwartku na piątek oraz z piątku na sobotę, ponieważ tego ostatniego dnia odbywały się odwiedziny. Co się później stało z matrycami nie wiem, ale zdecydowana większość „wyszła” poza mury Strzebielinka. Poza tym za dnia uczyliśmy się języka angielskiego oraz niemieckiego, Lech Kaczyński szkolił nas z zakresu prawa pracy, co mi się bardzo przydało po zwolnieniu, Wiesiek Cichoń z Regionu Toruńskiego zachowania wobec SB i sposobu reakcji na różnego rodzaju wezwania, a Jacek Merkel uczył funkcjonowania przedsiębiorstw. Ze Strzebielinka zostałem zwolniony 9 grudnia. Po powrocie do domu dowiedziałem się od żony, że 6 grudnia, czyli trzy dni wcześniej, miałem się stawić na ćwiczenia wojskowe. Tak męczyli internowanych.

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej