Książki o pobycie w wojsku – uwagi

26 stycznia 2019 r. – Książki o wojsku, uwagi o naturze ECCE HOMO…

Przeczytałem książkę Ryszarda Stockiego „Zaszczytny obowiązek – Vademecum wojskowe” (wydawnictwo ResPublica). Tematyka jest mi bliska – sam napisałem dziennik z pobytu w wojsku „Wojsko, Dostojewski i ja, czyli stan wojenny w mundurze” (wydawnictwo A. Marszałek – Toruń).

Widać różnice. Pisałem z perspektywy człowieka po studiach, który został powołany na roczną służbę wojskową, czyli około 24-25 roku życia. R. Stocki przedstawia świat młodych ludzi, którzy byli powoływani do odbycia dwuletniej służby (w marynarce wojennej nawet na trzy lata), zazwyczaj około dwudziestego roku życia, po liceum, technikum, szkole zawodowej. Nasza sytuacja była inna. Byliśmy starsi o kilka lat, bardziej się z nami liczono z uwagi na ukończone studia.

Siłą rzeczy więc moja książka jest bardziej refleksyjna, nazwijmy to umownie… polityczna, zwracająca większą uwagę na teatralność zdarzeń, psychologizująca (jak choćby analizy różnic tego, co się myśli, i tego co się mówi). Chociaż i ta perspektywa jest obecna w książce R. Stockiego. Choćby przytoczone z niej cytaty, czasami szokujące, wiele mówią o naszej naturze… Ecce homo… Też to widziałem.

Więcej na str…. www.wojciechksiazek.wordpress.com/ksiazki-o-pobycie-w-wojsku-uwagi/

Pamiętam, jak po czteromiesięcznym okresie unitarnym, który spędziłem w jednostce Wyższej Szkoły Samochodowej w Pile, trafiłem do miasta Chełm Pomorski nad Wisłą. Była tam jednostka samochodowa, ale też szkoła podchorążych rezerwy. Z dużym zaskoczeniem odbierałem niektóre zachowania moich kolegów. Też po skończonych studiach, byli dużo bardziej od nas przesiąknięci zwyczajami obowiązującymi żołnierzy służby zasadniczej. Język, przekleństwa jednak w pewnym nadmiarze, sposób myślenia, swoiste zblatowanie z szefem kompanii. To się udziela w myśl zasady: z kim przestajesz, takim się stajesz… Wspominam ich zachowania, by byli w tym dosyć podobni do bohaterów „Zaszczytnego obowiązku…”.

W zapowiedzi książki R. Stockiego czytamy: „Nasz młody na fali 365 DDC (czyli jeszcze rok – dop. mój). Następuje „obcięcie kota”, czyli innymi słowy inicjacja na całego. W jaki sposób się to odbywa, zależy od wyobraźni filców. Może być tak, że ładują oni 25 kotów do jednej kabiny w ubikacji, każą zbierać fekalia ręką. Aby sierść kota się nie „sfilcowała” musi być trzepany, czyli okładany po tyłku pasem wojskowym, czasami pozwalają mu obwiązać nerki poduszkami. Po trzepaniu kot staje się filcem, czyli młodą (nową) rezerwą. Teraz, jeżeli jest kotem obciętym, ma prawo ścigać innych, zyskuje przywileje i prawo „spuszczania pasa na jaja”, zapinania opinaczy na drugą dziurkę, odpinania guzika kieszonki na rękawie, itd.”

Książka została napisana w latach 1988-1990. R. Stocki był w wojsku w 1987 roku. Jest psychologiem z UJ. O sytuacji w wojsku polskim w czasie PRL-u pisał także Antoni Pawlak „Książeczka wojskowa” (z 1981 r.).

Kluczowa uwaga Ryszarda Stockiego to refleksja: „Wraz z upływem służby każdy żołnierz odkrywa, że zbyt wiele nie można mu zrobić, i że jego przełożeni, którymi są z reguły żołnierze zawodowi, są w równym stopniu uzależnieni od niego, jak on od nich, a zatem można przetrwać bez przybierania maski, czyli bez chwilowej nawet utraty własnej autonomii”. Tylko to zależy od charakteru, osobowości danej osoby.

Z innych uwag autora:

  • Wzajemnie uzależnienie, jak ktoś z kadry zwiększy szkolenia z bronią, to musi sam zarywać czas i zostać w jednostce.
  • Inny jest czas unitarny – do przysięgi chociażby dlatego, że dopiero potem można pełnić warty z bronią i ostrą amunicją.
  • Słowa używane w służbie zasadniczej Ancel – areszt wojskowy, Bażant – podchorąży po studiach (to między innymi ja. Można nas było poznać po biało-czerwonym sznurku, którym obszyte były nasze pagony), Fala, Rezerwa, Wicek, Giwera – broń, Kojo – łóżko, Panika – przyjazd kogoś z dowództwa, Trep – wojskowy zawodowy, Unitarka, Kaloryfer – plutonowy, bo ma na ramieniu aż 4 belki, Hadek – honorowy dawca krwi, dostaje się przepustkę, czekoladę.
  • Pijaństwo – jak pisze A. Stocki: „Alkoholowa libacja daje namiastkę wspólnoty, a w niej choćby chwilowe poczucie bezpieczeństwa”. Opisywałem sprawę picia i swoistego panalkoholu w wojsku też w swej książce.
  • Podstawowy problem w wojsku: NUDA i APATIA. Ona inspiracją do absurdalnych pomysłów. Też skazanie na siebie.
  • Podstawowe pytanie podczas spotkań na przepustce: „Ile masz na fali?” Odpowiedź: np. 120 DDC.
  • Jak pisze R. Stocki: „Ludzie w wojsku chamieją, odkrywają jakieś obszary osobowości, które istniały już wcześniej”. Niestety. Też to widziałem. To jak ze słowami z jakiegoś filmu wojennego: „Im dłużej jesteś na wojnie (w wojsku), tym dalej jesteś od domu”.
  • Chusta, którą nosi się w drugim roku służby. Na niej herby miast – dom i miejsce służby, data wejścia i wyjścia z wojska, statua wolności, napis: „Rezerwa Wiosna” lub „Rezerwa Jesień” (w zależności, kiedy wychodzi), gwiazdki – ilość dni spędzonych w areszcie (Anclu).
  • Częsta dyspozycja na kompanii: „Poprawić rejony”. Może dlatego nie lubię odkurzać w domu-cywilu? Ha, ha… Ten fenomen kurzu jest niezwykły, niby cały czas się macha szmatkami, a ciągle się pojawia…
  • R. Stocki zauważa, że postawa dystansu wobec pracy, przełożonych (wicków i rezerwistów) będzie towarzyszyć ludziom również dalej, w ich pracy zawodowej. To jest bardzo ważna uwaga, wychodził z tamtego wojska taki peerelowski everymen… Mniej skory do buntu, szukający możliwości tzw. zadekowania się, unikania problemów. U siebie pisałem o hamaku. Żeby się pobujać… Ot, główne marzenie…
  • Cyfra – zaczyna się od 772 DDC (dni do cywila). Najważniejszy jest podział na tych, którzy już są po półmetku, czyli mają mniej niż 360 DDC, i tych, którzy mają więcej (to młodzi). Pierwszy rok to podział na koty i dziadki, drugi rok na filce i rezerwę. Jak pisze autor: „Młody jest praktycznie odsunięty od przepustek i bez przerwy biega, to jedyny sposób poruszania się młodego po kompanii; ciągle pracuje, jest niewyspany, zmęczony, poniżany, a nawet maltretowany przez kolegów (piszę o tym także w swym dzienniku – najpełniej chyba pod jakąś datą z jesieni 1981 roku).Jak przestaje się być kotem, „ma prawo ścigać innych, zyskuje przywileje i prawo „spuszczania pasa na jaja”, zapinania opinaczy na drugą dziurkę, odpinania guzika kieszonki na rękawie. Wszystko to są oznaki jego wysokiej teraz pozycji”. Z kolei cywil, czyli od 50 dni do wyjścia, nosi krawat bardzo krótki, orzełek na czapce wygięty. Te szczegóły mogą śmieszyć, zadziwiać, ale tak skonstruowano tamten światek…
  • „Gumowe ucho” – poruszający, osobny rozdział. Autor opisuje techniki werbowania młodych ludzi. To jedyna osoba w cywilu w jednostce, oficer kontrwywiadu, tajniak. Odbywa rozmowy z nowoprzybyłymi, wypytuje, buduje agenturę – informatorów. Często oferuje pomoc za pomoc: przepustkę na wyjazd do chorego, zwolnienie z aresztu. R. Stocki zwraca uwagę na ważny fakt, iż w wojsku żołnierz nie widzi obiektywnie danej sytuacji. Stąd jest bardziej podatny na manipulacje.
  • Oddawanie honorów. Jak pisze autor: „Honory oddaje się całym sobą, a więc postawą ciała, krokiem, wzrokiem. Dużo poświęca się podczas szkolenia musztry. Wszystko jest uregulowane w regulaminach, tylko w ubikacji nie trzeba salutować”. Pamiętam to ze swego okresu z Piły, jak chowaliśmy się przy różnych kontrolach w… ubikacjach. Dorośli, a zachowania jak u dzieci…
  • Ciekawa jest uwaga R. Stockiego o atrakcyjności wojsk: „Najbardziej atrakcyjna jest marynarka wojenna. Drugie w hierarchii atrakcyjności są mundury stalowo-niebieskie. Głównie ze względu na skojarzenia z lotnictwem”. To kojarzy się z dowcipem, gdy ojciec radzi synowi pójść do marynarki, a nie do piechoty, bo tam przynajmniej… nie umrze w błocie…
  • Szykany. Młodzi żołnierze zamiast odpoczywać muszą „zwiedzać Tatry”, czyli wchodzić na szafy, udawać małpę, czyli wisieć nad łóżkiem, czyścić podłogi, buty.
  • „Łabędzie” – to o młodych ludziach, którzy wybrali szkoły oficerskie. Część z nich, jak pisze autor, od początku myśli o korzyściach płynących z tego zawodu, zarówno materialnych, jak i psychologicznych (zwolnienie z konieczności dokonywania wyborów. komfort psychiczny, poczucie władzy. Dostęp do specjalnych sklepów „Konsumy”).
  • Musztra. Jak pisze autor, nie jest obojętna dla ludzkiej osobowości. Dzięki niej można psychikę poszczególnych żołnierzy doprowadzić do takiego stanu, w którym modelowanie jej będzie o wiele łatwiejsze. „Jedynym sposobem, by przeżyć spokojnie kolejny dzień jest posłuszeństwo, więc czemu nie, jest posłuszny”. Ta refleksja jest jedną z kluczowych dla zrozumienia życia koszarowego, ale też korzyści systemu z powoływania młodych ludzi do odbycia służby.
  • Układ społeczny w wojsku. Jak pisze R. Stocki, jest z góry narzucony, trudno więc znaleźć przyjaciół. Mówi się nawet, że „w cywilu psa nie miał, a w wojsku przyjaciół szuka.” Stosunki między wojskowymi wydają się powierzchowne, a ich głębokość mierzona jest głównie ilością wypitego alkoholu. Do tego dochodzą zawiść, kumoterstwo, układy – charakterystyczne dla wszystkich niedemokratycznych instytucji.
  • Pobyt w wojsku to możliwość na kreowanie nowego siebie: Poborowy (…) teraz ma możność zacząć od nowa, teraz może stać się liderem.
  • „Granat” – element musztry, sygnał do szybkiego upadku na ziemię i robienia pompek. I tak co chwila…

Ps. A jako swoisty komentarz do sytuacji w wojsku, które widział autor „Zaszczytnego obowiązku” Ryszard Stocki, ja, niech będzie tekst „Być w potrzasku”, który w 1997 roku napisałem do jednej z gazet, na której łamach toczyła się dyskusja na temat pułkownika Ryszarda Kuklińskiego pod znaczącym tytułem: „Zdrajca czy bohater”. Wypowiadali się w niej także generałowie.

Być w potrzasku

Ostatnie wypowiedzi grupy wojskowych generałów z czasu PRL – wymagają odpowiedzi jednego z tych, który w tamtym czasie był zmuszony do odbycia służby wojskowej. Słowa „zmuszony” używam świadomie – służba wojskowa dla wielu moich rówieśników była przykrą koniecznością. Akt niechęci wzmagał przymus składania przysięgi, w której tekst była wpisane braterskie współdziałanie z bohaterską Armią Czerwoną.

Poczucie osaczenia, szczególnie dla ludzi po studiach odbywających roczne praktyki, wzmogło się po 13 grudnia 1981 roku. Wielu z nas poczuło się w potrzasku, chyba trochę podobnie jak ci wysyłani przeciw robotnikom Poznania w 1956 roku, Gdańska, Gdyni, Elbląga, Szczecina w 1970 roku, czy przeciw Czechom i Słowakom w 1968 roku (swe wrażenia, obserwacje z pobytu w wojsku zapisałem w dzienniku: „Wojsko, Dostojewski i ja, czyli stan wojenny w mundurze”, który być może wydam).

Wspominając napięcie wewnętrzne z tamtego czasu mogę domniemywać, iż w razie wysłania do czynnej pacyfikacji zakładów pracy, chyba nie tylko ja podjąłbym decyzję o dezercji. Kim byłbym dzisiaj dla owych generałów? Jak oceniliby ten postępek owi orędownicy honoru i dobrego samopoczucia, którzy żołnierzom strzelającym do robotników Wybrzeża w 1970 roku wmawiali, że bronią Polski przed… desantem z Zachodu, głównie z Niemiec (warto bliżej zbadać drogi tamtych manipulacji psychiką młodych ludzi)?

Trzeba powiedzieć wyraźnie, że byliśmy zakładnikami systemu, który nad rzeczywisty patriotyzm przedkładał dyrektywy z Moskwy. Ba, nawet nie z Moskwy, skoro jedno z centrów dowodzenia wojskami Układu Warszawskiego znajdowało się w okolicy Legnicy. Można wytłumaczyć ów psychologiczny motyw wyparcia niewygodnych dla siebie informacji, obrony własnej biografii. Proszę jednak nie posługiwać się formułami: „występując w imieniu setek tysięcy żołnierzy”. Byliśmy, zobaczyliśmy, dosyć.

Proszę też panów generałów, aby nie wypowiadali się w sprawie mojego honoru, bo pod ich dowództwem czułem coś zupełnie innego. Jeżeli pułkownikowi Ryszardowi Kuklińskiemu przyświecały bezinteresowne intencje, ma mój – a sądzę, że i wielu innych rezerwistów – głęboki szacunek. A nową, sprawną, mądrą armię niepodległej Polski budujmy w oparciu o nowe zasady i nowych ludzi.

Podporucznik rezerwy: Wojciech Książek

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej