Strzebielinkowcy: Tomasz Cofta. “Nie mogli otworzyć bramy, nawet gdyby chcieli”

Nasz cykl rozmów z osobami internowanymi w czasie stanu wojennego w obozie w Strzebielinku

Tomasz Cofta, biolog, uczestnik Ruchu Młodej Polski, sekretarz UKZ NZS Uniwersytetu Gdańskiego, członek NSZZ „Solidarność” w Akademii Medycznej w Gdańsku, współzałożyciel i członek Gdańskiego Komitetu Obrony Więzionych za Przekonania, współorganizator Klubu Myśli Politycznej im. Konstytucji 3 Maja w Gdańsku. Internowany w Strzebielinku od 13 grudnia 1981 do 29 kwietnia 1982 roku.

Był pan w Strzebielinku od samego początku, 13 grudnia 1981 roku…

– Zostałem dowieziony pomiędzy godziną 8 a 9 rano.

Działał pan wcześniej na rzecz więźniów politycznych, a następnie sam stał się takim więźniem.

– Tak, jako student Uniwersytetu Gdańskiego byłem w Gdańskim Komitecie Obrony Więzionych za Przekonania z wieloma innymi osobami. Najpierw powstała inicjatywa ogólnopolska, a następnie regionalne.

Skąd pana zabrano do Strzebielinka?

– Z domu.

Dostał pan jakąkolwiek informację gdzie jest zabierany, w jakim celu?

– Nie, wręcz podana została fałszywa informacja. Sprawa wyglądała następująco: około 5 rano usłyszałem dzwonek u drzwi. Mieszkałem wówczas z rodzicami, siostrą, szwagrem i ich córką. Była niedziela, więc zdziwiłem się, że takiego dnia przyszedł mleczarz. Wystawiało się bowiem butelkę pod drzwi, a jeśli jej nie było, to mleczarz dzwonił. Półprzytomny wyjrzałem, po drugiej stronie stał człowiek mojego wzrostu, ubrany po cywilnemu, w kaszkiecie. Zapytał się, czy pan Cofta? Odpowiedziałem: “Tak”. Następne zdanie brzmiało: “Jest stan wojenny”. I w tym momencie wiedziałem dokładnie po co przyszedł i co się może dziać. Potem okazało się, że za rogiem stało jeszcze dwóch panów w mundurach. Wpuściłem ich i zapytałem czy mają jakiś kwit na mnie, po czym usłyszałem, że tak. Ale nie powiedziałem, że chciałbym go zobaczyć. Moim rodzicom tłumaczyli, że zabierają mnie tylko na przesłuchanie, na komendę. Pozbierałem swoje rzeczy, mama dała mi na wszelki wypadek szczoteczkę oraz pastę do zębów i powiedziała, żeby wziąć cieplejszą kurtkę. Nigdy jej nie zatrzymywano, ale była na tyle przytomna, że pomyślała o tym, o czym ja nie pomyślałem. Sprowadzili mnie z trzeciego piętra, po drodze pan porucznik Witold Lewandowski wyciągnął kajdanki i zapytał czy będę wykonywał jakieś dziwne ruchy. Do dziś żałuję, że odpowiedziałem negatywnie. Posadzono mnie w Fiacie 125p, więc byłem wieziony luksusowo, ponieważ ludzie, których zabierano w nocy, najpierw trafiali na różne komendy, a potem byli wiezieni w dużych budach w tłoku i zimnie. Ja jechałem sam jeden. Najpierw pojechaliśmy w kierunku Oliwy i następnie ulicą Słowackiego. Po wjechaniu na obwodnicę straciłem orientację. Odzyskałem ją dopiero, gdy dotarliśmy do Redy, którą zresztą minęliśmy. Jeden z funkcjonariuszy włączył radio, ponieważ miał przemawiać generał Jaruzelski, a wszyscy byli zdezorientowani. Zresztą jeszcze podczas pobytu w mieszkaniu poinformowano mnie, że wprowadzony został stan wojenny, a na ulicach jest wojsko, na razie nasze.

Tak to zostało powiedziane?

– Dokładnie w ten sposób. Gdy zaczęło się przemówienie towarzysza generała, słuchałem więc, czy wspomni coś o sojusznikach i ich pomocy. Nie wspomniał, za to wyliczał kto jest aresztowany. Bardzo zdziwiła mnie reakcja funkcjonariuszy, zwłaszcza pana porucznika, którzy ucieszyli się, że wśród internowanych są m.in. towarzysze Gierek i Babiuch. Ja ucieszyłem się z czego innego – że nie zostali wymienieni towarzysze radzieccy. Gdy już dojechaliśmy na miejsce, zobaczyłem, że przed maską samochodu prowadzą w kajdankach Andrzeja Gwiazdę. Wtedy po raz pierwszy pożałowałem, że sam ich nie mam. Zostałem wprowadzony do budynku, a tam przeczytałem, że znajduję się w oddziale zewnętrznym Zakładu Karnego w Wejherowie. Jedną z pierwszych znajomych mi osób, którą zauważyłem, była Krystyna Trybusiewicz–Pieńkowska.

Jak wyglądał na początku, gdy w Strzebielinku były jeszcze kobiety, podział na część damską i męską?

– Nie pamiętam, czy poza panią Pieńkowską widziałem jakąś kobietę. One przebywały w oddzielnym skrzydle.

Jako biolog i ornitolog zagospodarował sobie pan czas próbując zwabić sikorki. Udało się?

– To z więziennych nudów. Zwabiłem dwie i umieściliśmy je w klatce zrobionej z siatki plastikowej, do której zwykle pakowało się warzywa. Wtedy zaczęły przychodzić kolejne szczeble naszych nadzorców, najpierw człowiek od otwierania drzwi, potem ten, który zawiadował oddziałem, następnie ten, który kierował zmianą, a na samym końcu przyszedł sam komendant. I wszyscy żałowali, że są takie zamknięte w niewoli.

Ale panów już nie żałowali…

– Do nas mieli inny stosunek. Musieli nas trzymać i już. Jak pytali się, czy wypuścimy te ptaszki, odpowiadaliśmy: „Tak, wypuścimy”. A na pytanie, czy nas wypuszczą, nie otrzymaliśmy konkretnej odpowiedzi. My mogliśmy otworzyć okno i wypuścić te ptaszki, a oni nie mogli otworzyć bramy i nas wypuścić, nawet gdyby chcieli.

Ostatecznie je pan wypuścił?

– Najwyżej po godzinie.

Był pan w Strzebielinku do kwietnia. Jak to się stało, że został pan zwolniony?

– Przez pomyłkę. Od kwietnia 1981 roku pracowałem w Samodzielnej Pracowni Mikroskopii Elektronowej Akademii Medycznej w Gdańsku. Służba Bezpieczeństwa o tym nie wiedziała. Figurowałem u nich jako student i jako takiego mnie wypuścili. Tzn. nikt nie pytał się mnie czy jestem studentem, ale przed 1 maja, gdy mieli wypuścić jakąś pulę osób, zwalniali emerytów, chorych, a także m.in. właśnie studentów. I pewnie dlatego się załapałem.

Co pan robił po Strzebielinku?

– Wróciłem do pracy, nie interesowałem ich zupełnie. Ale tuż przed wyjściem, wszystkich, którzy byli na jakiejś liście, wzywano na rozmowę z kapitanem Maciukiem z gdańskiej SB. Ten oświadczył, że od niego zależy, czy będę dalej siedzieć czy zostanę zwolniony. Padło też kilka innych frazesów i otrzymałem do podpisu karteczkę z jednym zdaniem: że będę przestrzegał porządku prawnego PRL. Przeczytałem, odłożyłem i powiedziałem: “Skoro do pana należy decyzja, to ja panu ją zostawiam”. Nawet szczególnie się nie zdenerwował, służbowo wyraził niezadowolenie, ale pewnie był taki w stosunku do każdego, kto odmówił podpisu. Rozmowa nie trwała długo, a po dwóch dniach wyrzucono mnie ze Strzebielinka wraz z kilkoma innymi osobami z mojej celi.

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej