„Strzebielinkowcy”: Roman Siuda. „Nie bili, ale prowokowali”

Nasz cykl rozmów z osobami internowanymi w czasie stanu wojennego w obozie w Strzebielinku

Roman Siuda, rocznik 1949, były przewodniczący KZ NSZZ „Solidarność” w PKS Gdańsk oraz MKK NSZZ „Solidarność” Województwa Gdańskiego, internowany w Strzebielinku od 13 grudnia 1981 r. do 29 kwietnia 1982 r.

Na zdjęciu Roman Siuda. Fot. Tomasz Modzelewski

– Był Pan w Strzebielinku od samego początku, od chwili wprowadzenia stanu wojennego. Skąd został Pan zabrany?

– Z domu. Jako że byłem przewodniczącym Komisji Zakładowej „Solidarności” w oddziale osobowym PKS Gdańsk, jechałem tego dnia do domu dopiero około godziny 23. Chciałem już iść spać, ale w czasie rozmowy z żoną usłyszeliśmy dzwonek do drzwi. Zapytałem: „kto tam?” i usłyszałem: „faks”, więc pomyślałem, że to coś związkowego, ponieważ u nas w firmie funkcjonował zapasowy faks dla stoczni, która znajdowała się obok. Wtedy nie było jeszcze panoramicznych judaszy, jakie obecnie są montowane w drzwiach, więc zobaczyłem tylko faceta w uszatce. Nie wiedziałem, że obok niego stoi jeszcze sześciu mundurowych. Gdy otworzyłem drzwi, to nie dało się ich już zamknąć.

– A próbował Pan to zrobić?

– Tak, ale nie było szans. Żona zaczęła się denerwować i krzyczeć: „gdzie go zabieracie?”, „o co chodzi?”. Chciała ich wylegitymować, wtedy stali się agresywni. Powiedziałem jej, że to nie ma sensu, ponieważ dzieci płaczą, a wszystko zaczyna wyglądać niebezpiecznie. Poprosiłem, żeby odeszła, no ale uparła się i cywil, który przyszedł, w końcu się wylegitymował. To był jakiś porucznik albo kapitan. Skuli mnie w kajdanki i chcieli zawieźć na komisariat znajdujący się przy ul. Kruczej w Gdańsku. Przez prawie godzinę siedziałem i czekałem w nysce, żeby usłyszeć, że nie ma miejsca. Wtedy zawieźli mnie do Pruszcza Gdańskiego. Tam siedzieliśmy do rana i dopiero wówczas usłyszałem w telewizji komunikat Wojciecha Jaruzelskiego o tym, że wprowadzony został stan wojenny. Chyba gdzieś tak w południe przyjechały po nas suki. Wówczas więźniarki wyglądały inaczej niż teraz, były montowane na samochodach marki Star, podzielone na dwie części, a w środku mieściło się łącznie 20 osób. Wieźli nas ze trzy godziny.

– To był początkowy etap, gdy milicjanci mylili drogę i nie wiedzieli, jak dojechać do Strzebielinka. Jak wyglądała droga?

– Panował strach. Kolega, który siedział przy ścianie, patrzył przez wywietrznik znajdujący się na krawędzi tej budy, gdzie jesteśmy. Niektórzy wpadali w panikę, bojąc się, czy np. nie zrzucą nas do morza. W końcu dojechaliśmy do Strzebielinka. Zobaczyliśmy ścieżkę zdrowia, szpalery umundurowanych ludzi w białych rękawiczkach z jednej i drugiej strony przejścia. Myśleliśmy, że będą nas bić pałami. Nie bili, ale prowokowali nas, choć wiedzieliśmy, że gołymi rękami nic nie zrobimy. Zdjęli odciski palców, co było upokarzające i zaprowadzili do cel, w których było po 16 osób.

– Grypsy z cel wychodziły?

– Pewnie. Szybki w judaszach drzwi zostały wybite i kolejne cele, które wychodziły na spacerniak, wyrzucały informacje. Później, już po wizycie Międzynarodowego Czerwonego Krzyża, cele zostały otwarte, ale na początku panował reżim. Próbowano nas zastraszać, wprowadzać rygor więzienny. Nie daliśmy się sprowokować, jednak stanowczo nie poddawaliśmy się poleceniom klawiszy. Mimo że jak otwierano cele to przynajmniej pięciu zomowców trzymających długą broń stało naprzeciwko pod ścianami. Nie wiedzieliśmy, jak będą reagować. Mnie trzymano w celi nr 10, która znajdowała się bezpośrednio obok pokoju ZOMO i jednocześnie sąsiadowała z murem zewnętrznym. Nasi bliscy, którzy nie dostali widzenia, zbierali się pod murem, a my głośno śpiewaliśmy pieśni, aby dać im znać, że tu jesteśmy i się nie poddajemy. W pokoju ZOMO specjalnie włączana była bardzo głośna muzyka. Wkładaliśmy wtedy coś do gniazdka, powodując zwarcie i wystrzelenie korków. Dzięki temu muzyka się kończyła, a my mogliśmy się przynajmniej słyszeć.

– Jak już było wiadomo, gdzie Pan jest…

– Moja żona dowiedziała się o Strzebielinku dopiero na początku lutego. Wcześniej miała informację, że przebywam prawdopodobnie w Wejherowie. Tam była i mnie nie znalazła, więc szukała dalej. Dowiedziała się od sąsiada, który był klawiszem, ale bał się rozmawiać ze mną. W końcu dotarła do mnie pierwsza paczka ze swetrem – żona martwiła się o to, ponieważ zabrano mnie tak jak stałem, bez ciepłej odzieży.

– Z kim Pan był w celi?

– Było sporo chłopaków z Fabryki Przekładni Samochodów „Polmo” w Tczewie, bokser Tadeusz Kruża, Andrzej Kaszuba, Krzysiek Frączak, student Politechniki Gdańskiej, a także Mundek Żelewski z gdyńskiej Stoczni „Nauta”. Nazwiska uciekają z pamięci, więc dobrze, że się spotykamy. Gdybyśmy nie mieli ze sobą kontaktu, pewnie moglibyśmy całkowicie o sobie zapomnieć.

– Uważa Pan, że obecna formuła obchodów upamiętnienia tego, co się działo w Strzebielinku, jest wystarczająca? Czy nie powinno się na to bardziej zwrócić uwagi?

– Myślę, że jest to potrzebne, aby nie zapomnieć, jak kiedyś było i o co walczyliśmy. A przede wszystkim przekazywać to młodszemu pokoleniu. Bo historia to dziedzictwo, a demokracja nie jest dana raz na zawsze. Tym bardziej że w spotkaniach uczestniczy coraz mniej osób… Jest nas coraz mniej.

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej