Stan wojenny: zbrodnia bez kary

Mija 38 lat od wprowadzenia w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej stanu wojennego. Już kilka dni po 13 grudnia 1981 roku strajkujący w Stoczni Gdańskiej stoczniowcy wywiesili transparent o treści „Trybunał narodowy gwarancją ukarania morderców i złodziei narodu polskiego!”. Kolebka „Solidarności” została brutalnie spacyfikowana 16 grudnia. A większość zbrodni stanu wojennego do tej pory nie została rozliczona.

Przez większość III RP gen. Wojciech Jaruzelski, architekt i twarz stanu wojennego, traktowany był przede wszystkim nie jako były wojskowy dyktator, lecz pierwszy prezydent wolnej Polski. Będący jego prawą ręką w czasie stanu wojennego, szef MSW gen. Czesław Kiszczak uchodził za „człowieka honoru”. Jednocześnie wielu zasłużonych działaczy „Solidarności” odbierało co miesiąc głodowe emerytury, ponieważ sądy i ZUS nie zaliczały im w poczet wysługi lat okresów ukrywania się i przebywania w komunistycznych więzieniach.

Wprawdzie w 2012 roku Sąd Okręgowy w Warszawie uznał wprowadzenie stanu wojennego za „zbrodnię komunistyczną”, a część członków Rady Państwa PRL i Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego za „nielegalną grupę przestępczą o charakterze zbrojnym”, to jednak w tym procesie skazany został tylko gen. Kiszczak. Sprawy generałów, członków WRON-y –Wojciecha Jaruzelskiego, Floriana SiwickiegoTadeusza SkóryTadeusza Tuczapskiego z WRON – oraz członków Rady Państwa PRL Eugenii KemparyEmila Kołodzieja Krystyny Marszałek-Młyńczyk zostały umorzone lub wyłączone do osobnych postępowań, które w większości przerwała śmierć oskarżonych. Wyrok sądu z 2012 r. daje jednak podstawy do faktycznego uznania stanu wojennego za nielegalny wojskowy zamach stanu.

Tylko tyle odpowiedzialności politycznej i karnej udało się wyegzekwować na najwyższym szczeblu decydenckim. Niewiele lepiej rozliczenie stanu wojennego zostało wykonane na poziomie „rąk, które naciskały spust”, czyli konkretnych żołnierzy LWP lub funkcjonariuszy milicji i ZOMO, którzy dopuścili się pobić i morderstw. W III RP wskazani z imienia i nazwiska, a następnie skazani zostali nieliczni, m.in. Andrzej Augustyn – kapitan SB odpowiedzialny za śmierć Bogdana Włosika w Krakowie w 1982 r.; Bogdan GarusTadeusz Jarocki i Jan Maj – milicjanci dowodzący interwencją ZOMO w Lubinie w 1982 r., w wyniku której zginęły trzy osoby; Romuald Cieślak i 14 innych milicjantów – dowódca oraz członkowie plutonu specjalnego ZOMO odpowiedzialnego za śmierć dziewięciu górników w kopalni „Wujek”.
Bezkarni pozostali także mordercy czterech udokumentowanych ofiar stanu wojennego w Gdańsku. W 35 rocznicę stanu wojennego nie skupiamy się jednak na mordercach. Przywracamy pamięć i składamy hołd tym, którzy oddali życie za „Solidarność”, za wolną i niepodległą, choć nie zawsze sprawiedliwą dla swoich bohaterów, Polskę.

Liczby stanu wojennego 

1 – tylu z 26 członków Rady Państwa PRL sprzeciwiło się uchwale o wprowadzeniu stanu wojennego. Był to Ryszard Reiff, który w wyniku swojego sprzeciwu stracił stanowisko

4 – tyle ofiar zginęło w stanie wojennym w Gdańsku

9 – tyle górników zginęło podczas pacyfikacji kopalni „Wujek” 16 grudnia 1981 r., w najbardziej krwawy dzień stanu wojennego

17 – tyle lat miał Emil Barchański, najmłodsza ofiara stanu wojennego

23 – tylu członków (oficerów LWP) liczyła Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego, która przejęła władzę w stanie wojennym

40 – tyle obozów odosobnienia dla osób internowanych działało w stanie wojennym

120 – szacuje się, że tyle osób mogło stracić życie w latach 1981-1989 w wyniku działań ludowego Wojska Polskiego i funkcjonariuszy podległych MSW, wynikających z wprowadzenia stanu wojennego

586 – tyle dni trwał stan wojenny

1500 – około tylu działaczy opozycji demokratycznej wcielono do wojska i umieszczono w wojskowych obozach specjalnych, które były szczególną formą represji

5681 – tyle osób sądy skazały na podstawie dekretów o stanie wojennym

10 000 – około tylu funkcjonariuszy liczyły Zmotoryzowane Odwody Milicji Obywatelskiej (ZOMO), które pacyfikowały manifestacje i strajkujące zakłady pracy w stanie wojennym

10 554 – tyle łącznie osób, głównie działaczy „Solidarności”, internowano w okresie stanu wojennego

Śmierć za „Solidarność”

Byli młodzi, mieli całe życie przed sobą. Po sierpniu 1980 roku zaangażowali się w działalność „Solidarności” lub sympatyzowali z nią. Śmierć spotkała ich na ulicy. Antoni Browarczyk, Wacław Kamiński, Piotr Sadowski – kibic, stoczniowiec, portowiec – ofiary stanu wojennego w Gdańsku.

Antoni Browarczyk – zginął z ręki Polaka

Spośród wymienionej trójki najbardziej obecny w świadomości społecznej – choć też jedynie na Pomorzu – jest Antoni „Tolek” Browarczyk. To wynik działań prowadzonych w ostatnich latach przez różne środowiska, które poczuwają się do pamięci o historii, w tym upamiętnienia ofiar reżimu komunistycznego – m.in. kibiców Lechii Gdańsk, Stowarzyszenia Federacji Młodzieży Walczącej i związkowców z Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność”.

Antoni Browarczyk urodził się 21 października 1961 r. w Gdańsku. Wchodził w dorosłość, gdy rodziła się „S”. Jak wielu chłopaków w jego wieku, miał dziewczynę, marzenia, kibicował gdańskiej Lechii i sympatyzował z ruchem antykomunistycznym. Zaledwie dzień przed śmiercią, 16 grudnia 1981 r., uczestniczył w wielkiej antykomunistycznej manifestacji w grodzie nad Motławą. Do domu wrócił bardzo przejęty.

Okoliczności jego tragicznej śmierci wciąż nie są wyjaśnione. Według oficjalnej wersji wydarzeń, zdeterminowanej przez działania komunistycznego aparatu represji, Browarczyk był przypadkową ofiarą użycia przez „służby porządkowe” broni palnej (sic!) podczas zatrzymywania tłumu przed budynkiem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Gdańsku. Strzały miały paść w stronę klubu studenckiego „Żak” (obecnie siedziba Rady Miasta Gdańska), a Browarczyk po rykoszecie miał zostać trafiony pociskiem w głowę i w stanie śmierci klinicznej przewieziony do szpitala wojewódzkiego w Gdańsku. Tam, jako oficjalną datę zgonu, wpisano 23 grudnia 1981 r. Podczas tej samej manifestacji ranne zostały jeszcze dwie osoby. Badania balistyczne wykazały, że nie może być mowy o rykoszetach. Milicjanci dokładnie wiedzieli, co jest celem – protestujący ludzie.

Pierwsze wątpliwości co do oficjalnej wersji pojawiły się, gdy rodzina zakwestionowała datę śmierci „Tolka”. Zdaniem matki i siostry Antoniego Browarczyka nie żył on już 18 grudnia, gdy udało im się przedostać do szpitala i zobaczyć ciało. Wciąż także nie ustalono precyzyjnie miejsca śmierci, nie mówiąc o wskazaniu sprawcy tragedii. Ciało znaleziono na ławce na Targu Rakowym, jednak prawdopodobnie zostało ono tam przeniesione w celu utrudnienia wyjaśnienia okoliczności tego morderstwa. Takie działania, jak również manipulowanie datami śmierci, należały do „standardowych” praktyk służb bezpieczeństwa PRL. Chodziło o to, aby nie pociągnąć do odpowiedzialności konkretnych sprawców oraz aby w społecznym odbiorze nie kojarzono okoliczności śmierci danej osoby z tłumieniem antykomunistycznych manifestacji.

Świadkiem śmierci „Tolka” Browarczyka był Jarosław Dziubek, obecny wiceprzewodniczący Komisji Zakładowej NSZZ „S” w Leroy-Merlin, w 1981 r. młody pracownik i członek „S” w Transbudzie w Gdańsku Kokoszkach. Dziubek w 2014 r. zgłosił się do prokuratorów gdańskiego IPN jako świadek ws. Antoniego Browarczyka. – Gdy  jakiś czas temu zobaczyłem w mediach zdjęcie Antoniego Browarczyka, powróciły obrazy z 17 grudnia 1981 roku – wyjaśnia Dziubek, który tego dnia uczestniczył w centrum Gdańska w manifestacji przeciw wprowadzeniu stanu wojennego. W demonstrację włączył się również Browarczyk wracający do domu z praktyk w zakładzie elektromechanicznym.

– Manifestacja kierowała się ze skrzyżowania Huciska i Targu Drzewnego w stronę znienawidzonego „domu partii”. Nie była to zbrojna demonstracja. Uzbrojeni byliśmy tylko w swoje gardła, którymi wykrzykiwaliśmy hasła wolności i solidarności. Wspólnie z Janem Horbaczem, kolegą z firmy i jednocześnie z „S”, znajdowaliśmy się kilkanaście metrów przed czołem demonstracji, pchając jako osłonę metalowy pojemnik na śmieci. Przed nami stał szpaler ZOMO, a za nim funkcjonariusze z pistoletami. Pojemnik pchałem lewym bokiem, dzięki temu widziałem dokładnie manifestantów. W pewnym momencie zobaczyłem, jak młody chłopak wychylił się zza rogu budynku przy Targu Drzewnym. Nagle jego głowa odchyliła się gwałtowanie do tyłu, a on przewrócił się na ulicę. Nie słyszałem strzału, więc nie wiedziałem, czy został trafiony, czy zahaczył o coś nogą. W ciągu około dwóch minut demonstracja została rozproszona. Uciekając przed ZOMO spojrzałem jeszcze na leżące nieruchomo ciało. Widziałem zalany krwią oczodół. Schowałem się za pomnikiem Jana III Sobieskiego na Targu Drzewnym i stamtąd obserwowałem, co dzieje się dalej. Do ciała  podbiegło kilku zomowców. Kopali go i szturchali, jakby sprawdzając, czy żyje. Ciągnęli ciało za ręce po ulicy i torach. Potem załadowali je do milicyjnego samochodu i przejechali na Targ Rakowy. Zomowcy utworzyli tam gęsty szpaler, niczego nie było widać. Po jakimś czasie odjechali w stronę Pruszcza Gdańskiego, a ja wróciłem do domu. Dopiero niedawno dowiedziałem się, że właśnie na Targu Rakowym znaleziono ciało Antoniego Browarczyka – relacjonuje wydarzenia z 17 grudnia 1981 roku Jarosław Dziubek.

Być może te zeznania pozwolą nareszcie ostatecznie ustalić okoliczności tragicznej śmierci dwudziestoletniego patrioty. Jednak bolesną prawdę o tej i innych ofiarach stanu wojennego już w 1984 roku pięknie i trafnie zarazem wyraziła w swoim wierszu Grażyna Browarczyk-Matusiak, siostra Antoniego: „On kochał »Solidarność« jak swoją matkę, za »Solidarność« przypłacił życiem (…) lecz prawda kryje się taka, zginął od kuli na ulicy Gdańska, a strzał był z ręki Polaka!!!”.

– Byłam bardzo zżyta z bratem i mocno przeżyłam jego śmierć. Mimo upływu 35 lat to rana, która wciąż się nie zagoiła. Nie sądzę zresztą, żeby w pełni zagoiła się kiedykolwiek. Tym bardziej że zbrodnie stanu wojennego wciąż nie zostały rozliczone. W przypadku mojego brata znane są nazwiska pięciu funkcjonariuszy milicji, którzy podczas tamtej grudniowej manifestacji oddali strzały. Nie udało się jednak ustalić dokładnego sprawcy. Ale przecież ktoś tą akcją dowodził. Na szczęście w tej tragicznej historii są też elementy pozytywne. Coraz więcej Polaków pamięta o ofiarach stanu wojennego. Są oni upamiętniani w różnej formie. To bardzo ważna sprawa dla naszej wolności i tożsamości – podkreśla Grażyna Browarczyk-Matusiak, siostra Antoniego.

Piotr Sadowski – śmierć w rocznicę Sierpnia

Antoni Browarczyk zginął w pierwszych dniach stanu wojennego. Niewiele od niego starszy, zaledwie 22-letni, Piotr Sadowski (urodzony 10 marca 1960 r.), pracownik Zarządu Portu Gdańsk, poniósł śmierć 31 sierpnia 1982 roku. Nie była to data przypadkowa. Przez całą dekadę lat 80. w kolejne rocznice podpisania Porozumień Sierpniowych, podobnie jak nieuznawane przez PRL święta narodowe 3 Maja i 11 Listopada, podziemna „Solidarność” organizowała największe manifestacje niepodległościowe, które były brutalnie tłumione przez milicję i ZOMO.

Dzień 31 sierpnia 1982 r. był jednym z najbardziej tragicznych w całym stanie wojennym. Antykomunistyczne protesty odbyły się w ponad 60 miejscowościach. Wzięło w nich udział ponad sto tysięcy osób. Reżimowe służby zebrały „obfite żniwo” – ponad trzy tysiące osób stanęło przed kolegiami ds. wykroczeń, aresztowano, a później internowano 189 uczestników protestów, wobec kilkuset osób wszczęto postępowania, setki osób zostało rannych. Niestety, były też ofiary śmiertelne. Aż trzy osoby zginęły w Lubinie, stolicy Regionu NSZZ „Solidarność” Zagłębie Miedziowe, gdy milicja brutalnie spacyfikowała protest w centrum miasta. Ofiary śmiertelne padły również we Wrocławiu i właśnie w Gdańsku.

Piotr Sadowski był sympatykiem „Solidarności”, ale działającym w dalszych szeregach – z racji być może wieku, być może usposobienia. W gdańskim porcie pracował od niedawna jako ślusarz w warsztatach na nabrzeżu Węglowym w Rejonie III. W dniu 31 sierpnia 1982 roku wracając z pracy do domu w centrum Starego Miasta, w rejonie ulicy Łagiewniki, włączył się w solidarnościową manifestację. Podczas rozpędzania demonstrantów przez oddziały milicji i ZOMO przewrócił się na ziemię, zranił w głowę i stracił przytomność. Nieopodal niego spadł milicyjny pocisk z gazami chemicznymi, które spowodowały dodatkowe zatrucie organizmu. Został przewieziony do szpitala, gdzie tego samego dnia zmarł. Śledztwo w sprawie jego śmierci zostało umorzone „z powodu niestwierdzenia czynu przestępczego”.

Podobnych „nieszczęśliwych wypadków” w okresie stanu wojennego było więcej. W państwie prawa odpowiedzialność polityczną w takiej sytuacji powinni ponieść autorzy wprowadzenia stanu wojennego i kierownictwo Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, a karną – decydujący o użyciu środków chemicznych dowodzący akcją funkcjonariusz milicji. W państwie komunistycznym odpowiedzialności nie poniósł nikt. Dlatego Piotra Sadowskiego można uznać na Pomorzu za symbolicznego reprezentanta wszystkich „przypadkowych” ofiar „nieszczęśliwych wypadków” lub „pobicia przez nieznanych sprawców”.

Wacław Kamiński – milicjanci dobili rannego

Śmierć Wacława Kamińskiego, 32-letniego spawacza (urodzony 9 lutego 1950 r.) z Wydziału K-2 Stoczni Gdańskiej, kolebki „Solidarności”, jest być może najbardziej wstrząsająca spośród wszystkich w okresie stanu wojennego na Pomorzu. Dlaczego? To jednoznaczny, jaskrawy przykład celowości zbrodniczych działań funkcjonariuszy ZOMO.

Kamiński został ciężko ranny w głowę 12 października 1982 roku podczas demonstracji przeciwko delegalizacji „Solidarności”, która miała miejsce w pobliżu pierwszej stałej siedziby Związku przy al. Grunwaldzkiej w Gdańsku Wrzeszczu. Przypomnijmy, że zaledwie cztery dni wcześniej Sejm przyjął nową ustawę o związkach zawodowych, zgodnie z którą wszystkie organizacje pracownicze działające przed 13 grudnia 1981 r. (a więc także, a raczej przede wszystkim „S”) zostały rozwiązane. Wacława Kamińskiego dotknęło to bezpośrednio, bo sam był członkiem Związku. Najpierw w okresie legalnej działalności, później w podziemiu w stanie wojennym.

– Wacław Kamiński był spokojnym, ale odważnym chłopakiem. Od 1980 roku był szeregowym członkiem naszej komisji zakładowej. Uczestniczył w strajku w grudniu 1981 r. po wprowadzeniu stanu wojennego. Gdy po wyjściu z internowania w sierpniu 1982 r. zacząłem organizować tajne struktury „S” na wydziale K-2, Kamiński też się w nie zaangażował. Gdy leżał nieprzytomny w szpitalu, odwiedzali go stoczniowcy. Ja też. Jego śmierć była dla nas wielką stratą – wspomina Brunon Baranowski, jeden z liderów „S” w Stoczni Gdańskiej w latach 80.

Wspomnieliśmy o celowym i brutalnym działaniu milicjantów. Otóż gdy Kamiński został raniony petardą gazową wystrzeloną przez zomowców, jeden ze świadków całego zdarzenia zabrał go swoim samochodem (żukiem) do szpitala. Jednak po przejechaniu kilkuset metrów pojazd został zatrzymany przez oddział ZOMO, a Kamiński, mimo że już był ranny, dotkliwie pobity. Gdy trafił do szpitala, było już za późno na ratunek. Zmarł w klinice Akademii Medycznej w Gdańsku 28 listopada 1982 roku. Co ciekawe, młody stoczniowiec nie pochodził z Gdańska. Przyjechał nad morze aż z Dolnego Śląska. Szukał pracy, znalazł śmierć.

Antoni Browarczyk, Piotr Sadowski, Wacław Kamiński – oddali życie, abyśmy mogli żyć w wolnej i niepodległej Polsce. Cześć ich pamięci!

Tajemnica stanu wojennego

Jan Samsonowicz wiedział, że esbecy za nim chodzą. Pewnego dnia powiedział żonie, aby – jeśli coś mu się stanie – nie wierzyła w to, że mógł popełnić samobójstwo. A jednak gdy jego ciało znaleziono wiszące na płocie stadionu Stoczniowca Gdańsk, to właśnie w taką stronę potoczyło się komunistyczne śledztwo.

Gdyby żył, dziś mógłby być liderem branżowej „Solidarności” w służbie zdrowia. Jan Samsonowicz (urodzony 27 marca 1944 roku) od początku opozycyjnej działalności wyróżniał się wyjątkową aktywnością. Jeszcze w latach 70. zaangażował się w trójmiejskie środowiska Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela oraz Ruchu Młodej Polski (był współzałożycielem i sygnatariuszem deklaracji ideowej RMP), a także w dominikańskie duszpasterstwo akademickie. Był rozpracowywany przez Służbę Bezpieczeństwa w ramach spraw operacyjnych „Dominik” (1976-1978) i „Samson” (1978-1984).

Pogrzeb Jana Samsonowicza

Aktywność łączył z wrażliwością – jako nastolatek uczył się w Liceum Technik Plastycznych w Gdyni Orłowie. Interesował się literaturą, sam też pisał, a jego utwory były publikowane zarówno w prasie oficjalnej, jak i bezdebitowej.

Chociaż pracował w Akademii Medycznej, nie miał wykształcenia medycznego. Skończył filologię polską. Wcześniej często zmieniał branże i miejsca pracy. „Nie pracuje zgodnie z kierunkiem zdobytego wykształcenia, lecz szuka pracy, która bez względu na wysokość wynagrodzenia stwarzałaby mu warunki do prowadzenia działalności antysocjalistycznej” – napisali w raporcie na jego temat esbecy.

Aktywny w „Solidarności”

Gdy 14 sierpnia 1980 r. wybuchł strajk w Stoczni Gdańskiej, Jan Samsonowicz już następnego dnia znalazł się w przyszłej kolebce „Solidarności”. Zajmował się drukiem i kolportażem ulotek. Po zawarciu Porozumień Sierpniowych został liderem najpierw tymczasowych struktur, a później przewodniczącym zakładowej „S” w Akademii Medycznej. A była to wówczas organizacja licząca, bagatela, około czterech tysięcy członków!

Samsonowicz pisał komunikaty i analizy społeczno-polityczne do „Pomostu”, pisma „S” w akademii, którego był też redaktorem naczelnym. Wykazywał się dużym wyrobieniem politycznym. Przykładowo w artykule „Stare związki w nowej szacie” przestrzegał, że związki zrzeszone w komunistycznej Centralnej Radzie Związków Zawodowych, dodając do swoich nazw człony „niezależny” i „samorządny”, mogą zdezorientować wielu pracowników. Był to jeden z czynników, który przyczynił się do dookreślenia nazwy NSZZ o człon „Solidarność”.

W czasie 16 miesięcy związkowego „karnawału” był również członkiem Prezydium Zarządu Regionu Gdańskiego, delegatem na I WZD gdańskiej „S” i I Krajowy Zjazd Delegatów. Nie wahał się angażować w działania o bardzo różnym charakterze, od współorganizacji strajku okupacyjnego pracowników służby zdrowia w Urzędzie Wojewódzkim po głodówkę w celu uwolnienia więźniów politycznych. Jemu też komuna „pozwoliła” zaliczyć się do tego zaszczytnego grona. Od początku stanu wojennego do lipca 1982 r. był internowany w ośrodkach w Strzebielinku, Iławie i Kwidzynie.

– W obozie w Iławie siedzieliśmy w jednej celi, zresztą m.in. z Antonim Macierewiczem. Tam się zaprzyjaźniliśmy. Dla mnie był to człowiek z gór, twardy, ale z duszą poety – wspomina Zenon Kwoka, w latach 80. lider „S” w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Komunikacyjnym w Gdańsku i członek ZRG NSZZ „S”, który od lat angażuje się w wyjaśnienie tajemniczej śmierci Jana Samsonowicza.

Dwie tajemnice

Po wyjściu z internowania Jan Samsonowicz zaangażował się w działalność podziemną. Ale to, co w jego życiu było piękne i jasne, skończyło się w czerwcu 1982 r. Pozostała śmierć i tajemnica. W dniu 30 czerwca 1983 r. Samsonowicza znaleziono powieszonego na płocie okalającym stadion klubu Stoczniowiec Gdańsk (obecnie Polonia), od strony ulicy Twardej. Komunistyczni śledczy przyjęli wersję o samobójstwie. Taką wersję uznali również liderzy podziemnej „Solidarności” w Gdańsku, m.in. Bogdan Borusewicz i Aleksander Hall.

Takie przypuszczenia ułatwiał fakt, że Jan Samsonowicz w tym czasie miał duże problemy osobiste. Zaniedbał życie małżeńskie. Rozwiódł się z żoną Haliną, z którą miał trójkę dzieci. Halina znalazła nowego partnera, z którym planowała ślub… właśnie 30 czerwca 1982 r. Z kolei Jan szukał miłości u boku przyjaciółki z „Solidarności” w Akademii Medycznej Barbary Iwanek. Dzień przed śmiercią jej się oświadczył. Iwanek pierścionek przyjęła, ale w śledztwie stwierdziła, że potraktowała go jako prezent, a oświadczyny odrzuciła…

Jednak większość kolegów Jana Samsonowicza z „S” w służbie zdrowia odrzucała wersję o samobójstwie. Znali go jako człowieka pogodnego i wesołego, wręcz „duszę towarzystwa”. Znaleźli się świadkowie, którzy w dniu śmierci, w pobliżu stadionu Stoczniowca, widzieli Samsonowicza w towarzystwie dwóch nieznanych mężczyzn. Sam związkowiec od dawna wspominał swoim współpracownikom i znajomym, że grozi mu niebezpieczeństwo, ponieważ poznał ważną tajemnicę Służby Bezpieczeństwa. Od połowy lat 70. wielokrotnie był aresztowany, w jego domu odbywały się rewizje. Jak wynika z dokumentów SB, wspólnie z kolegą z Akademii Medycznej, również działaczem RMP i „Solidarności”, prowadził komórkę kontrwywiadowczą skierowaną przeciw esbecji. Czuł na plecach oddech rozpracowującej go tajnej policji politycznej. – Mówił, że obawia się o życie swojej córki. Nie podając szczegółów, dawał do zrozumienia, że taka groźba została do niego skierowana – zaznacza Zenon Kwoka.

Tezę o samobójstwie Samsonowicza poddała w wątpliwość w swoim raporcie z 1991 r. Sejmowa Komisja Nadzwyczajna do Zbadania Działalności MSW, nazywana „komisją Jana Rokity” (był jej przewodniczącym). Komisja zaliczyła sprawę Samsonowicza do 102 przypadków śmierci w latach 80. spowodowanych działaniami funkcjonariuszy podległych MSW. „W sprawie śmierci Jana Samsonowicza (…) postępowanie prowadzono wyłącznie pod kątem potwierdzenia tezy o samobójstwie, czemu służyć miały przede wszystkim dowody z przesłuchań świadków. W przypadku wątków nie przystających do przyjętego założenia zaniechano ich pogłębienia, przez co utracono możliwość odtworzenia przebiegu wypadków poprzedzających zgon” – czytamy w raporcie „komisji Rokity”.

Wątpliwości budziły m.in. sposób ułożenia ciała Jana Samsonowicza w chwili jego odnalezienia, powieszonego na płocie na pasku od spodni, oraz wyjątkowo szeroka, podwójna bruzda wisielcza na jego szyi. Zwracał na to uwagę m.in. Dariusz Kobzdej, lekarz i przyjaciel Samsonowicza jeszcze z czasów wspólnej działalności w Ruchu Młodej Polski.

Pogrzeb Jana Samsonowicza 6 lipca 1983 r. w Sopocie okazał się wielką manifestacją niepodległościową. Wzięło w nim udział kilka tysięcy osób, w tym pozostający na wolności działacze zdelegalizowanej „S”. Trumnę, którą nieśli przyjaciele z „S” służby zdrowia, oraz grób okryto flagami Związku.

Po dobrej stronie

– W sprawie wyjaśniania okoliczności śmierci Jana Samsonowicza najbardziej bulwersuje mnie haniebna postawa dwóch osób. Bogdana Borusewicza, który w 1983 r. był szefem podziemnej „S” w Gdańsku, oraz Jacka Taylora, adwokata i pełnomocnika rodziny w śledztwie. Borusewicz twierdził, że przeprowadził prywatne śledztwo w sprawie śmierci Jana Samsonowicza i ustalił, że było to samobójstwo. Oprócz tego zakazał publikowania w prasie podziemnej wszelkich informacji o jego śmierci, kłamliwie uzasadniając to prośbą ze strony rodziny. Jacek Taylor nakłonił rodzinę Jana Samsonowicza do odmowy zeznań, argumentując, że śledztwo jest nierzetelne i stronnicze, a także że przyjdą takie czasy, kiedy zostanie przeprowadzone uczciwie. Jednak sam nie złożył w śledztwie zażalenia ani żadnych uwag. Nowe czasy przyszły w wolnej Polsce na początku lat 90. Prokurator Bogdan Szegda przeprowadził nowe śledztwo. Jacek Taylor, pełnomocnik rodziny, był znów całkowicie bierny. Nasuwa się pytanie, co jest wart wolny kraj, który nie potrafi rozliczyć zbrodni popełnionych na bohaterach walczących o jego wolność? – ocenia z żalem Zenon Kwoka.

Pozostaje nam wiedza, że życie Jana Samsonowicza przyniosło owoce. Sam w jednym ze swoich ostatnich tekstów w 1983 r. oceniał: „Ostatecznym celem »Solidarności« jest doprowadzenie do tego, aby Ojczyzna odzyskała niepodległość, a społeczeństwo otrząsnęło się z kilkudziesięcioletniego letargu (…) To, co się stało, tworzyło zupełnie nowy świat, który w ocenie historycznej będzie wielkim zyskiem całego narodu. Zyskiem, którego jeszcze nie jesteśmy w stanie ocenić…”.

Adam Chmielecki

Zdjęcia:

Archiwum historyczne KK NSZZ „Solidarność”
Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej
Archiwum Zenona Kwoki

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej