Gdynio, sto lat!
W 1920 roku, zaledwie dwa lata po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, inżynier komunikacji Tadeusz Wenda otrzymał z Ministerstwa Spraw Wojskowych zadanie znalezienia najlepszej lokalizacji na nowy polski port wojenny. Taka potrzeba wynikała z sytuacji w Gdańsku po I wojnie światowej, który nie powrócił do Polski, ale już wkrótce miał się stać Wolnym Miastem, de facto pod kontrolą niemiecką.

Ten znakomity specjalista, który wcześniej budował porty na Bałtyku na łotewskich i estońskich ziemiach, szybko znalazł, jak sam pisał, „jedyne możliwe i najlepsze miejsce”. Była to „dolina między tzw. Kępą Oksywską i Kamienną Górą”, miejsce, w którym leżała niewielka wioska Gdynia. Tak zaczęła się historia, która trwa już sto lat.
Dalej poszło już szybko. Jesienią 1920 r. podjęto decyzję o budowie portu wojennego i schroniska dla rybaków, a już rok później otwarto pierwszy pirs. W 1923 r. otwarto Tymczasowy Port Wojenny. Do 1939 r., dzięki talentom i zaangażowaniu inż. Wendy, ale także dzięki wsparciu i planom rozwoju gospodarki morskiej stworzonym przez ministra przemysłu i handlu, a potem wicepremiera Eugeniusza Kwiatkowskiego, w miejscu, gdzie dwie dekady wcześniej istniało niewielkie letnisko z niespełna tysiącem mieszkańców, zbudowano największy i najnowocześniejszy port na Bałtyku. Był to i port wojskowy, i handlowy – swoista „infrastruktura podwójnego zastosowania” początków XX wieku. W tzw. międzyczasie, 10 lutego 1926 r., Gdynia otrzymała prawa miejskie. Do nowego miasta i portu emigrowały z najodleglejszych miejsc Polski dziesiątki tysięcy robotników i nowych mieszkańców.
Gdynia jak najbardziej zasłużenie była i do dziś pozostaje emblematem rozwoju gospodarczego i cywilizacyjnego II RP, symbolem wizji rozwojowych ówczesnych elit politycznych i gospodarczych, synonimem polskiego „okna na świat” i suwerennego myślenia politycznego.
Jednak, jak się okazuje, nic dwa razy się nie zdarza, a Gdynia nie stała takim symbolem w III RP, chociaż do takiego miana aspirowała w latach 90., a nawet na początku XXI wieku. W ostatnich latach zdaniem wielu to miasto, wcześniej wygrywające regularnie ogólnopolskie rankingi na najlepsze miejsce do życia i prowadzenia biznesu, pogrąża się w stagnacji i marazmie. Gdynia niekiedy jest wręcz pokazywana jako niechlubny przykład jednego z najgorszych mechanizmów demokracji lokalnej, a więc tworzenia się długoletnich samorządowych układów, które stają się nieefektywne i antyrozwojowe.
A może po prostu na początku trzeciej niepodległości zbytnio rozbudzono oczekiwania względem Gdyni? Jako osoba posiadająca do Gdyni duży sentyment (tu urodzona, choć nigdy niemieszkająca), będę jednak utrzymywał, że to miasto „z morza i marzeń”, które ma swój potencjał i genius loci. A w czasie setnych urodzin miłościwie spuszczę zasłonę milczenia nad działalnością lokalnych władz.
Tym bardziej że Gdynia – w historii tragicznie doświadczona chociażby wypędzeniem polskich mieszkańców w czasie II wojny światowej czy komunistyczną zbrodnią Grudnia 1970 r. – ma również swoją piękną kartę w epopei „Solidarności”. To jedno z tych miejsc, gdzie solidarność i wolność narodziły się po raz kolejny w naszych dziejach. A komunę obalili – nomen omen – m.in. stoczniowcy z gdyńskiej Stoczni im. Komuny Paryskiej. Tu już 15 sierpnia 1980 r. Andrzej Kołodziej rozpoczął strajk solidarnościowy ze Stocznią Gdańską. Tu dwa dni później pierwszą mszę świętą odprawił niezłomny „Król Kaszubów” ks. prałat Hilary Jastak. Wkrótce ze stoczniowcami (także z „Nauty” i Stoczni Marynarki Wojennej) protestowali portowcy, pracownicy komunikacji miejskiej, „Dalmoru”, „Radmoru” i innych przedsiębiorstw. Wiele ze słynnych 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r., łącznie z powołaniem niezależnych związków zawodowych, miało swoje źródło we wcześniej zgłoszonych postulatach w gdyńskiej „Komunie”. Historycznie to zatem również miasto „Solidarności”.
Gdynio – kolejnych stu lat i dużo więcej!
Adam Chmielecki
Fundacja Promocji Solidarności





