Długie ramię postkomunizmu
No i stało się. Skończyło się marszałkowanie Szymona Hołowni, polegające głównie na „gwiazdorzeniu” w marnym serialu odgrywanym w parlamencie. Hołownia sądził, że w polityce osiągnie sukces, robiąc z Sejmu „Sejmflix”, serwis streamingowy przyciągający uwagę bon motami i zachowaniami urągającymi powadze polityki, która jest przecież dążeniem do dobra wspólnego. Pomylił się.
Jego odejście nie oznacza jednak zasadniczej zmiany jakościowej w polskiej polityce. To tylko „zamienił stryjek siekierkę na kijek” w koalicji 13 grudnia. A raczej nie stryjek, tylko „kierownik”, i nie „siekierkę na kijek”, tylko „kijek na siekierkę”, sądząc z ogólnego klimatu. Nowym marszałkiem został Włodzimierz Czarzasty – rocznik 1983. Nie, nie chodzi o rok urodzenia, a o rok wstąpienia do partii komunistycznej w PRL. Już po stanie wojennym, tymczasowym zdławieniu „Solidarności”, która dla milionów Polaków była nadzieją na nową, wolną i lepszą Polskę, oraz po komunistycznych zbrodniach chociażby w kopalni „Wujek”. Czarzasty to polityk par excellance postkomunistyczny, którego życiorys potwierdza historyczne i politologiczne tezy o zakulisowych wpływach i miękkim lądowaniu komunistów w III RP. Ten były lider komunistycznego zrzeszenia studentów PRL po 1989 roku działał na styku biznesu i polityki, co skończyło się „Aferą Rywina”, w której nasz bohater miał odgrywać jedną z kluczowych ról jako członek tzw. grupy trzymającej władzę. Był w tym czasie sekretarzem Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.
Czarzasty już uczynił szefem Kancelarii Sejmu Marka Siwca, rocznik 1977 (kryterium to samo), byłego redaktora „Trybuny Ludu”, zapamiętanego z czasów pracy w kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego m.in. z parodiowania Jana Pawła II. Plotki mówią, że ta dwójka ma ściągnąć do Sejmu takie tuzy jak Marek Dyduch czy ostatni szef postkomunistycznych Wojskowych Służb Informacyjnych Marek Dukaczewski.
W tej beczce dziegciu jest jednak łyżka miodu, a nawet dwie. Po pierwsze, wraz z powrotem Czarzastego wróciła słynna „szorstka przyjaźń” na lewicy z początków obecnego wieku, pamiętająca jeszcze czasy, gdy prezydentem Polski był Aleksander Kwaśniewski, a premierem Leszek Miller. Obaj, podobnie jak Czarzasty, byli „złotymi dziećmi” postkomunizmu, ale za sobą, delikatnie pisząc, nie przepadali. Mając władzę, toczyli wojnę „dużego” i „małego” pałacu. A obecny marszałek Sejmu był w tej wojnie żołnierzem Kwaśniewskiego. Teraz to właśnie osobista prośba byłego prezydenta miała stać za nominacją Siwca na szefa Kancelarii Sejmu.
O tym, że stara „szorstka przyjaźń” nie rdzewieje, przekonaliśmy się bardzo szybko. Jeszcze przed objęciem stanowiska przez Czarzastego Leszek Miller opowiadał w mediach, że ten nie nadaje się na marszałka i nie powinien nim zostać. Można się spodziewać, że obaj politycy dalej będą sobie prawić uprzejmości na łamach i antenach mediów, a to nie poprawi ich wizerunku wśród wyborców.
Poza tym, niezależnie kto w tej wojence będzie górą, naprawdę trudno oczekiwać, żeby w trzeciej dekadzie XXI wieku lewica wracająca z całą mocą do swoich postkomunistycznych tradycji i „zasobów” mogła przekonać do siebie znaczącą liczbę Polaków. Czy naprawdę trio Czarzasty, Siwiec i Dyduch mogłoby porwać naszych rodaków? Tym bardziej że w tym samym czasie postkomunistyczna formacja cierpi na kompletny uwiąd programowy. Czy ktoś potrafi wymienić chociażby jedną znaczącą propozycję programową lewicy firmowanej twarzą Czarzastego? Po co są w polityce? Chyba tylko po to, żeby dopilnować, by Donald Tusk „dowiózł” takie „konkrety” (te akurat tak), jak przywrócenie wysokich emerytur byłym esbekom.
W tym samym czasie systematycznie na margines lewicy lub nawet poza nią spychani są młodzi politycy próbujący uczciwie zajmować się takimi tematami jak mieszkalnictwo czy transport. Oni pewnie sobie w życiu publicznym poradzą. A obecni włodarze parlamentu? Cóż, tak jak dwadzieścia lat temu ich zabawy w „lub czasopisma” wyeliminowały lewicę ze sprawowania władzy na długie dekady, tak teraz ich triumfalny powrót na sejmowe salony paradoksalnie – z powodów, które wyżej wymieniłem – może skutkować porażką w kolejnych wyborach parlamentarnych.
Na koniec szczególne słowo do działaczy opozycji antykomunistycznej. Pewnie wielu z Was po objęciu przez czołowego postkomunistę drugiego stanowiska w państwie poczuło gorycz, złość i rozczarowanie. Ale ten marszałek przeminie, tak jak przeminęła partia, do której zapisał się w 1983 roku, i system, który firmował. A Wy już zawsze będziecie bohaterami polskiej wolności i niepodległości. Macie prawo być dumni i czuć się spełnieni. Wy tamtą wielką walkę o trzecią niepodległość wygraliście i nic tego nie zmieni.
Adam Chmielecki
Fundacja Promocji Solidarności