Dekalog Solidarności

Co najmniej od dekady obserwujemy próby narzucenia nowej – lewicowej, a czasami wręcz lewackiej – interpretacji historii i dziedzictwa „Solidarności” jako związku zawodowego i ruchu społecznego. Ułatwia to fakt, że w tradycji istotnie znajduje się wiele elementów występujących często w ruchach lewicowych: walka narodowowyzwoleńcza, pomoc potrzebującym i wykluczonym, dążenia do demokratyzacji, wyzbycie się przemocy jako narzędzia walki politycznej. W rzeczywistości „Solidarność” była jednak prawdziwą kontrrewolucją, czyli obroną tradycyjnego porządku opartego na chrześcijaństwie.

Przypomnijmy, że kontrrewolucją nazywał „S” przywódca ZSRS Leonid Breżniew. Nie było w tym przypadku. Jeden z najbardziej rozpowszechnionych wśród historyków polityki i idei kluczy do interpretacji dziejów najnowszych opiera się na wybuchu rewolucji we Francji w 1789 r. Od tego czasu na całym świecie w różnym natężeniu i formie ścierają się dwie siły: rewolucji (tzw. postępu), chcące cały czas budować coś „nowego” w kontrze do „starego”; oraz kontrrewolucji, czyli sił odwołujących się do odwiecznych wartości, prawa naturalnego i tradycyjnego ładu społecznego. Co ciekawe, wbrew pozorom nie jest to starcie wizji przyszłości z wizją przeszłości. Oba porządki są nakierunkowane na przyszłość, z tym, że rewolucjoniści chcą ją budować „na piaskach”, a kontrrewolucyjności na sprawdzonych fundamentach (by nie rzec: „na skale”). Od 1789 r. rewolucjoniści wszelkiej maści, a zatem i komuniści (sowieccy, polscy i inni), swoich przeciwników nazywali „reakcją” lub „kontrrewolucją”.

Lewy ECS

Wręcz emblematyczna dla takiej wizji stosunków społecznych, a w konsekwencji interpretacji historii „S”, jest od lat działalność Europejskiego Centrum Solidarności. Pomijając działania mające znamiona zaangażowania w bieżącą walkę polityczną, odrzucanie współpracy ze strony naturalnych partnerów (jak struktury NSZZ „S” i demokratycznie wybrany polski rząd) czy nieadekwatne z punktu widzenia historii „S” prezentowanie jej dziejów (eksponowanie tylko części osób i środowisk), w sferze wartości ECS wyraźnie promuje wartości lewicowe i liberalne kosztem bliskich „S” wartości chrześcijańskich. Wsparcie Kościoła katolickiego dla opozycji demokratycznej w PRL na wystawie stałej ECS jest zaprezentowane bardzo ubogo. Także wydarzenia organizowane przez centrum mają często wręcz lewacki, antychrześcijański kontekst. W 2008 r. jeden z festiwali ECS promował plakat z wizerunkiem Ernesto Che Guevary, rewolucjonisty i zbrodniarza, od lat 60. idola kolejnych pokoleń lewicy. W 2017 r. ECS zorganizowało debatę poświęconą tzw. czarnemu protestowi, czyli wielkiej akcji kobiet sprzeciwiających się zakazowi aborcji. Takie przykłady można mnożyć. W ECS nawet kartki i życzenia świąteczne są pozbawione chrześcijańskich motywów.

Kulminacją takiej postawy były niedawne obchody 30 rocznicy wyborów czerwcowych w 1989 r. W zorganizowanej przez ECS strefie społecznej przygotowano debaty i spotkania poświęcone m.in. edukacji antydyskryminacyjnej, ekobudownictwu, imigrantom, wolnym sądom i dziesiątkom innych tematów. Zorganizowano setki warsztatów, np. z „szycia performatywnego miniparawanów plażowych”. Rzeczowej dyskusji o historii „S” i roli Kościoła zabrakło, jeśli nie liczyć spotkania pt. „Burzenie polskiego Kościoła”. Również dobór gości i współpracujących instytucji miał wyraźny rys radykalnych lewicowych ideologii. Nie zabrakło debat feministycznych, a nawet wykładu na temat osób transpłciowych. Być może są to ważne tematy, ale co mają wspólnego z dziedzictwem „S” i walki z komunizmem?

Jednak ECS podąża konsekwentnie ideologiczną drogą.

Chrześcijańska tożsamość

Rozszerzając perspektywę poza działania ECS, zwolennicy reinterpretacji dziedzictwa „S” w bardziej czerwonych barwach podpierają się często dominacją w programie Związku postulatów socjalnych lub bardziej wrażliwych społecznie pomysłów ekonomicznych. „Solidarność” nie chciała ani wolnej Polski, ani nie była przesadnie przywiązana do wiary, chciała tylko „socjalizmu z ludzką twarzą” – przekonują.

To wypaczenie ideałów „S”. Program Związku nie reprezentował „socjalizmu z ludzką twarzą”. Najlepiej ujął to ten, który za „S” oddał życie, a od 2014 r. jest jej patronem, czyli bł. ks. Jerzy Popiełuszko: „Człowiek pracujący ciężko bez Boga, bez modlitwy, bez ideałów będzie jak ptak z jednym skrzydłem dreptał po ziemi”.

Jeśli popatrzymy na polskie tradycje insurekcyjne w XIX i XX w., walka o wolność niemal zawsze była prowadzona pod sztandarami Boga i Maryi. Nie inaczej było w przypadku „S”. Bardzo wyraźny kontekst religijny (konkretnie: katolicki) jest widoczny w każdym wymiarze działalności strajkujących w 1980 r. robotników, a później „S”. Strajkujący i związkowcy domagali się poszanowania wolności wyznania i swobody w praktykach religijnych, także na terenie zakładów pracy. Protestom towarzyszyły polowe msze święte, zbijane z desek ołtarze i krzyże, obrazy Matki Bożej i papieża Jana Pawła II. „S” była wspierana przez kapłanów Kościoła katolickiego. Tak było zresztą w całej historii ruchu antykomunistycznego w PRL, z którego „S” wyrosła: od początku (prymas kard. Stefan Wyszyński, ks. Hilary Jastak w Grudniu 1970 r. na Wybrzeżu, ks. Roman Kotlarz w Radomiu w 1976 r.), do końca (księża Stefan Niedzielak, Stanisław Suchowolec i Sylwester Zych, którzy zginęli w 1989 r.), o wieloletniej roli św. Jana Pawła II nie wspominając.

Jednak chrześcijańska tożsamość jest przede wszystkim bardzo mocno zakorzeniona w programie Związku. Wprawdzie w fundamencie tego programu, czyli na liście 21 postulatów Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 r., brakuje odniesień do spraw wiary, a dominują kwestie wolności politycznych, społeczne i gospodarcze, jednak już w Uchwale Programowej I Krajowego Zjazdu Delegatów NSZZ „S” z 1981 r. czytamy: „»Solidarność«, określając swe dążenia, czerpie z wartości etyki chrześcijańskiej, z naszej tradycji narodowej oraz z robotniczej i demokratycznej tradycji świata pracy. Nowym bodźcem do działania jest dla nas encyklika o pracy ludzkiej Jana Pawła II. »Solidarność« jako masowa organizacja ludzi pracy jest także ruchem moralnego odrodzenia narodu”.

Rzeczywiście, program Związku można traktować jako rozwinięcie i uszczegółowienie w warunkach polskich zasad nauki społecznej Kościoła katolickiego, opartej o encykliki społeczne kolejnych papieży: „Rerum novarum” Leona XIII (dała podstawy współczesnej nauce społecznej Kościoła), a przede wszystkim „Laborem exercens”, „Sollicitudo rei socialis” i „Centesimus annus” Jana Pawła II.

To w tych dokumentach została określona koncepcja godności człowieka i pracy ludzkiej, którą „S” przyjęła z pełną konsekwencją. I znów, była to koncepcja zasadniczo odmienna od rozumienia pracy w systemach lewicowych. W socjalizmie i komunizmie praca była, w wymiarze propagandowym, najważniejszym elementem „wyzwolenia” człowieka z tradycyjnego porządku społecznego (nawet „kolektyw” w miejscu pracy miał zastępować rodzinę). Oczywiście w praktyce, także PRL, praca była raczej elementem „zniewolenia”. Miała służyć w pierwszej kolejności „socjalistycznej ojczyźnie”, dopiero później jednostce.

W nauce społecznej Kościoła, a więc i w programie „S”, praca jest ważna dlatego, że wykonuje ją człowiek posiadający przyrodzoną godność. To człowiek podnosi wartość pracy, a nie praca człowieka. Wykonywane sumiennie i godziwie wynagradzane obowiązki zawodowe (socjalizm nie przykładał wagi ani do jednego, ani do drugiego) mają zapewnić pracownikowi i jego rodzinie źródło godnego utrzymania, ale jednocześnie prowadzić do Boga, doskonalić cnoty, stanowić źródło twórczej realizacji.

„Solidarność” jak chrześcijańska caritas

O chrześcijańskim charakterze Związku i skupionego wokół niego ruchu społecznego w latach 80. świadczy już sama nazwa, która wskazuje też najważniejszą dla niezależnego samorządnego związku zawodowego ideę. Związek powstały w 1980 r. mógł przecież przyjąć na sztandary dużo bardziej naturalne dla związków o proweniencji marksistowskiej hasło „równości” bądź „wolność”, typową zarówno dla lewicowców (wspomniane „wyzwolenie”), jak i na drugim biegunie liberałów (jako symbol skrajnego indywidualizmu).

Tymczasem solidarność jako wartość, jako idea, to jeden z najważniejszych terminów właśnie chrześcijańskiej etyki, wyprowadzany wprost z podstawowej zasady dla wyznawców Chrystusa – miłości. Tak, idea solidarności to jedna z najpiękniejszych wersji chrześcijańskiego miłosierdzia, chrześcijańskiej caritas, w dodatku stanowiąca jakby sumę wszystkich najważniejszych pozytywnych wartości etycznych (także wolności i sprawiedliwości).

Podkreślił to wielki interpretator ducha „S” Jan Paweł II w homilii podczas mszy świętej na gdańskiej Zaspie 12 czerwca 1987 r.: „»Jeden drugiego brzemiona noście« – to zwięzłe zdanie apostoła jest inspiracją dla międzyludzkiej i społecznej solidarności. Solidarność – to znaczy: jeden i drugi, a skoro brzemię, to brzemię niesione razem, we wspólnocie. A więc nigdy: jeden przeciw drugiemu. Jedni – przeciw drugim. I nigdy »brzemię« dźwigane przez człowieka samotnie, bez pomocy drugich. Nie może być walka silniejsza nad solidarność. Nie może być program walki ponad programem solidarności. Inaczej – rosną zbyt ciężkie brzemiona”.

Dla – nomen omen – niedowiarków ws. chrześcijańskiej tożsamości „S” przypomnijmy, że sformułowanie „Jeden drugiego brzemiona noście” pochodzi z Listu św. Pawła do Galatów (Gal 6,2).

Oczywiście chrześcijańska tożsamość „S” nie oznacza, że była ona organizacją działającą w duchu teokratycznym bądź konfesyjnym. Wręcz przeciwnie, był to ruch pluralistyczny, skupiający różne osoby niezależnie od ich wyznania, przekonań społeczno-politycznych, światopoglądu i innych czynników. Świat wartości „Solidarności”, właśnie dlatego, że opierał się na fundamencie godności osoby ludzkiej, sprzeciwiał się jakiejkolwiek dyskryminacji kogokolwiek. Tylko że obrona przed dyskryminacją i tolerancja nie mają nic wspólnego z agresywną i prowokacyjną walką o specjalne uprzywilejowanie poszczególnych jednostek i grup społecznych oraz odgórnym modelowaniem społeczeństwa, co do zasady wbrew jego woli, według uznania i potrzeb jakiejś ideologii. A zwolennicy tego typu praktyk często powołują się właśnie na doświadczenie ruchu „S”.

Podsumowując, każdy Polak (świadomie nie używam typowej dla środowisk lewicowych drażniącej i używanej aż do przesady frazy „każda Polka i każdy Polak”, dlatego że Polak to każdy przedstawiciel naszego narodu niezależnie od płci, wieku i innych czynników) ma prawo do dziedzictwa „Solidarności”. Ale powinien się do niego odwoływać i z niego czerpać w sposób uczciwy. Nie da się tego zrobić, kwestionując fakt, że „Solidarność” była i jest oparta na Dekalogu, tym jedynym, nadającym sens historii świata.

Adam Chmielecki

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej