Andrzej Kołodziej: Spojrzeć ludziom prosto w oczy…
Rozmowa z Andrzejem Kołodziejem, przewodniczącym Komitetu Strajkowego w Stoczni im. Komuny Paryskiej w Gdyni w 1980 roku, wiceprzewodniczącym MKS w Stoczni Gdańskiej, sygnatariuszem Porozumień Sierpniowych (w lipcu 1981 r. odszedł z kierownictwa „Solidarności”), organizatorem przerzutu wydawnictw niezależnych do Czechosłowacji, więzionym na Pankracu, współzałożycielem Solidarności Walczącej, prezesem Pomorskiej Inicjatywy Historycznej, opublikowana we wrześniowym “Magazynie Solidarność”.

Andrzej Kołodziej podczas strajku w Stoczni im. Komuny Paryskiej w sierpniu 1980 r.
– W piątek, 15 sierpnia 1980 roku na porannej zmianie nie przystąpiła do pracy załoga Stoczni im. Komuny Paryskiej, przejmując władztwo nad wielkim zakładem pracy. Do protestu przyłączyły się Zakład Komunikacji Miejskiej, Stocznia Remontowa „Nauta”, Port Gdynia. Przy okazji kolejnych rocznic niepodległościowych zrywów pojawia się pytanie: Warto było?
– Nie zamieniłbym tamtych sierpniowych dni na kolejne lata, a gdybym mógł cofnąć czas, zrobiłbym tak samo. Przez cztery dekady nie miałem wątpliwości: warto było. Wiem, że czujemy niedosyt, że przemiany poszły w stronę, której nie oczekiwaliśmy. Niestety, ludzie są tylko ludźmi. Z czasem okazywało się, że wielu z nas inaczej pojmuje nasze ideały, bywa, że przez pryzmat własnego portfela. Nasz obraz psują politycy niesłusznie postrzegani jako ci z obozu „Solidarności”, spadkobiercy etosu Związku i walki z komuną. A w rzeczywistości nie mają pojęcia, czym „Solidarność” była i jest. Uważają, że mamy być solidarni z nimi, z ich polityką i ich ambicjami. Mam nadzieję na korektę tego kursu. Rozmawiamy dzień po objęciu urzędu prezydenta przez Karola Nawrockiego. Dawno nie widziałem takiego entuzjazmu, tylu przyjaznych, radosnych ludzi i takiej uroczystej, ale bez zadęcia, atmosfery w Warszawie. Od pomnika Armii Krajowej po plac Zamkowy.
– Tym większe zobowiązanie po stronie sprawującego zaszczytny urząd. Zastanawiałeś się nieraz, jak to się stało, że liderem strajku w Gdyni zostałeś – z poparciem „starych” stoczniowców, swoistej robotniczej arystokracji. Ty, 21-letni wtedy Andrzej Kołodziej, dopiero co zatrudniony na Wydziale K-3?
– Kilka miesięcy wcześniej (za kolportaż „Robotnika Wybrzeża” – dop. red.) zostałem zwolniony z pracy w Stoczni Gdańskiej im. Lenina. Przetrwałem dzięki kolegom z Wolnych Związków Zawodowych. Wiem – z opowiadań ludzi – jak mnie wtedy postrzegali. Oni zauważyli, że o tym, co nosili w sercu, ja mówiłem głośno. Co najważniejsze: gdyby nie msza święta na terenie stoczni, odprawiona przez księdza prałata Jastaka, nie wiem, jak strajk by się potoczył. Ten wielki kapłan bardzo nam pomógł, utwierdził nas w przekonaniu, że strajk jest w słusznej sprawie. Pamiętam doskonale niedzielę, 17 sierpnia 1980 roku: ołtarz i robotnicy w stoczniowych drelichach. Gdyby nie wsparcie duchowe, to ja na tym strajku niewiele bym znaczył. Miałem przygotowanie do poprowadzenia strajku z WZZ-ów, ale to, aby poprowadzić i mieć poparcie ludzi dojrzałych, Kaszubów, twardych i wiernych tradycji, bez umocnienia mszą świętą na terenie zakładu pracy, byłoby nie do zrobienia. Stoczniowcy byli wierzący, więc musieli być na niedzielnej mszy.
– Nie miałeś wątpliwości, że uda się połączyć religijność ze związkiem? Przecież związki zawodowe mogły kojarzyć się z rzeczywistą dyktaturą proletariatu, z syndykalizmem?
– Kościół był jedyną naszą ostoją, jedyną niszą wolności i nadziei. Przed wejściem do WZZ-ów związki zawodowe kojarzyły mi się, młodemu człowiekowi, z socjalizmem, z XIX wiekiem, by nie rzec: z komunizmem. To ludzie z WZZ pokazali mi, czym one być powinny. Strajk w Gdyni był odmienny od tego w Stoczni Gdańskiej. Nie było mowy: „proletariusze wszystkich krajów łączcie się”, jak hasło z transparentu nad bramą stoczni im. Lenina. W Gdyni był nacisk na patriotyzm, na niepodległość. Sami ludzie proponowali postulaty. One wykuwały się na placu. Wyszły z gdyńskiej Komuny Paryskiej postulaty wolnych związków zawodowych, zniesienia cenzury, żądanie transmisji mszy świętej. Dużo pomógł nam Szymon Pawlicki i jego środowisko. Przyszli aktorzy z teatru dramatycznego (Teatr Miejski w Gdyni) i codziennie były spektakle, recitale, recytacja poezji. Była też historia, odczyty o obronie Wybrzeża, o budowie Gdyni, o procesach po wojnie, o procesie komandorów. Wiele się nauczyłem.
– Czyli był dobry powód, by w postulatach MKS z Gdańska był ten o przestrzeganiu wolności słowa, druku i publikacji? Pragnienie wolności słowa wywołało eksplozję niezależnych wydawnictw…
– Walczyliśmy słowem z propagandą i z cenzurą. Przed strajkiem drukowałem ulotki – wraz z kolegą Andrzejem Butkiewiczem – pisemka dla WZZ i Ruchu Młodej Polski. Znaliśmy rolę i znaczenie słowa prawdy kierowanego do ludzi. Byliśmy jacyś inni, jako społeczeństwo zjednoczeni, spragnieni wolności. (Stoczniowcy, bez zgody dyrekcji, opanowali radiowęzeł i zakładową drukarnię; radiowęzeł prowadził Zygmunt Pałasz, maszyny drukarskie uruchomił Zygmunt Sabatowski, szefem powielarni, zwanej Wolną Drukarnią Stoczni Gdynia, byłAndrzej Butkiewicz. Pierwsze ulotki wydrukowano 15 sierpnia 1980 r. Ta najbardziej znana pt. „Mieszkańcy Trójmiasta!” wydrukowana została w nakładzie 700 tysięcy egzemplarzy – dop. red.).
– Władze próbowały przeciwdziałać niezależnemu ruchowi, sięgając po inwigilowanie struktur, propagandę i próby dezintegracji…
– Stąd była i potrzeba słów prawdy. Pamiętamy przesłanie księdza Jerzego Popiełuszki, wracają jego słowa, są cytowane. Wtedy były źródłem prawdy i otuchy. Były zapisywane, nagrywane na kasety magnetofonowe. Szły w Polskę, trafiały do ludzkich serc. Wyzwolenie się ze zła nam w Sierpniu się udało. Później wybieraliśmy różne drogi. Jedni chcieli się dorobić, inni pragnęli władzy. Samo życie.
– Nim proza życia zwyciężyła ideały, to reżim, mając siłę, mając armię, milicję polityczną, próbował was zdusić. I nie dał rady. Dlatego, że „Solidarność” była monolitem, silna jednością? A może to mit?
– Z jednością rozstawaliśmy się miesiąc za miesiącem. Tąpnięcie nastąpiło w marcu 1981 roku. Do tego czasu „Solidarność” była niemal monolitem. Po pobiciu naszych ludzi w Bydgoszczy (19 marca 1981 r. w Bydgoszczy milicjanci pobili m.in. szefa regionalnej „S” Jana Rulewskiego – dop. red.) doszło do mobilizacji. Ludzie byli gotowi na zwarcie z władzą. Ale coś pękło. Pojawił się głos, że trzeba nam urzędników związkowych, a nie twardych związkowców, nie bojowników. Wałęsa zapowiedział, że skończył się czas rewolucjonistów, że trzeba szukać porozumienia z Jaruzelskim. Wiedziałem, że Wałęsy należy się wystrzegać. Od maja 1981 roku zacząłem przygotowania do stanu wyjątkowego, bo byłem przekonany, że nam komuniści nie odpuszczą. Mimo że ich władza chwiała się, że zyskaliśmy nawet przychylność niewielkiej części wojska. A może i dlatego? Znaleźli się i tacy po drugiej stronie, którzy starali się wybrać prawdę. Pojawiły się struktury poziome w PZPR. Przeglądałem dokumenty w IPN, z których wynika, że komunizm zaczął się kruszyć. Jednak oni okrzepli i przyszykowali uderzenie. 13 grudnia ostatecznie przekreślił marzenia o niepodległości narodu. Pozostał bunt…
– Jesienią 1983 roku ten bunt osłabł. Społeczeństwo powoli się przyzwyczajało, ludzie starali się jakoś żyć. Trafnie ujął to przed laty Stefan Kisielewski: „To, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać”…
– W 1983 roku, po amnestii, ludzie zaczęli wychodzić z więzień. Zmęczeni, bywało zmieleni przez system. Wielu myślało o emigracji. Kilka tysięcy ludzi aktywnych, którzy przeszli przez obozy i więzienia, wyjechało na Zachód, nie z własnej woli. Inni starali się przetrwać. Było kilka impulsów, które przyszły od Kościoła. Odwiedził nas Jan Paweł II w czerwcu 1983 roku, a w październiku 1984 SB zamordowała księdza Jerzego. Wreszcie przyszedł rok 1987 i pielgrzymka Ojca Świętego. Na Wybrzeżu miała ona wymiar szczególny dla podziemia, dla „Solidarności”. Milionowa rzesza ludzi na Zaspie była fantastyczna. Ludzie się policzyli. Do tego czasu padały struktury, nie było wsparcia ani wielkiej chęci do działania.
– A w kwietniu 1988 roku Ciebie i Kornela Morawieckiego, w ramach czyszczenia przedpola przed rozmowami z komunistami, wyrzucono z Polski i via Wiedeń trafiliście do Rzymu…
– Była to kwestia wyboru. Michnik, Kuroń, Mazowiecki, Geremek i Wałęsa wybrali drogę porozumienia, czyli współpracy z komunistami. Wielu na to nie przystało. Siedziałem na Rakowieckiej (areszt śledczy i więzienie na Mokotowie, z oddziałami pod nadzorem MSW – dop. red.) od stycznia 1988 roku. Zaczęły się rozmowy sondujące. Oficerowie MSW próbowali mnie namówić na zaakceptowanie linii porozumienia. Podawali przykład tych z opozycji, którzy akceptowali etapy zmian, najpierw reformy gospodarcze, a potem, w jakiejś przyszłości, polityczne? Mnie namawiano do udziału w tych rozmowach. Mówiłem: nie! Na emigracji napisałem artykuł „Współrządzić czy konspirować?”, który ukazał się w paryskiej „Kulturze” redaktora Jerzego Giedroycia, w 1988 roku. Wybraliśmy walkę z komuną do jej upadku. Chcieliśmy pokonać system, tworzyć wolną Polskę. Zostaliśmy wyrzuceni. Była to perfidna gra. Smutna była rola agentury wewnątrz Kościoła. A to oddzielny temat…
– Była i presja. By przekonać „wrogów” porozumienia, przed obradami Okrągłego Stołu, „szwadron śmierci” zabijał niepokornych kapłanów. Dwóch zginęło w styczniu 1989 roku w niejasnych okolicznościach. To ks. Stanisław Suchowolec, który przyjaźnił się z księdzem Jerzym Popiełuszką, i ksiądz Stefan Niedzielak, twórca Golgoty Wschodu, kustosz pamięci Katynia. Kiszczak dobrze wiedział, kto z nim siedzi przy stole…
– Typowa metoda działania jego formacji. Do tego szantaż emocjonalny lub po prostu szantaż, co było istotne dla konceptu Okrągłego Stołu. Generałowie Jaruzelski i Kiszczak bardzo potrzebowali uwiarygodnienia. Wiedzieli, że są zgranymi kartami, bo zmienia się klimat międzynarodowy. W 1988 roku generałowie wiedzieli, że żadnej pomocy ze strony Sowietów nie będzie: ani gospodarczej, ani militarnej. Jaruzelski przecież rozmawiał z Gorbaczowem. Po stronie opozycji od 1987 roku do głosu dochodziła Solidarność Walcząca, pojawiła się Federacja Młodzieży Walczącej oraz partie polityczne, jak PPS i porozumienia niepodległościowe. Kiszczak i Jaruzelski musieli zrealizować szybko plan awaryjny. Porozumienie było dla nich ratunkiem, mogli iść do niego nawet po trupach.
– Strajki w 1988 roku wybuchły niespodziewanie?
– Strajki w kwietniu i w maju 1988 roku były autentycznym buntem. Ruszyła młodzież. Tego się oni, władza, przestraszyli. Użyli siły, by strajki zdusić lub grozili użyciem przemocy. Strajk sierpniowy jednak był prowokacją. Miał się skończyć uwiarygodnieniem rozmów z Kiszczakiem. A w ślad za tym – koncepcji porozumienia, którą sfinalizował Okrągły Stół. W perspektywie porozumienia Wałęsy i jego otoczenia z Kiszczakiem strajk został wygaszony, zakończył się właściwie niczym.
– Czy było wydarzenie, które możemy uznać za przełomowe, które zaważyło na biegu spraw w kraju i za najbliższą zagranicą?
– Rok 1992 i rząd Jana Olszewskiego oraz jego upadek. Na ten temat napisałem pracę magisterską. Nie mam na myśli sekwencji zdarzeń wokół teczek z archiwum MSW, które w finale zakończyło się obaleniem rządu. Chodzi mi o fakt, że Lech Wałęsa udał się z wizytą do Rosji i wynegocjował porozumienie o warunkach dla przedsiębiorstw polsko-rosyjskich na terenie baz opuszczanych przez armię rosyjską…
– Dokument z 21 maja 1992 roku był adresowany do przebywającego z wizytą w Moskwie prezydenta Lecha Wałęsy.
– Dla nas było to „być albo nie być”. Gdyby nie szyfrogram premiera, blokujący Wałęsie możliwość zakładania na opuszczanych przez armię sowiecką lotniskach spółek, infrastruktury itd., powołano by NATO-bis. Układ Moskwa–Kijów–Mińsk–Warszawa zablokowałby na dziesięciolecia przystąpienie Polski do struktur NATO.
– Są różne metody oddziaływania i prowadzenia działań zaczepnych…
– Przykład? Wpadł mi w ręce, kiedy się ukrywałem, podręcznik prowadzenia wojny bez wojny, czyli destabilizacji i osłabienia zachodnich demokracji od wewnątrz. Przydatna lektura o agenturze wpływu.
– Metoda oddziaływania została zmodyfikowana jako doktryna Gierasimowa, opracowana dwanaście lat temu przez szefa Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej. I skutecznie stosowana…
– Widać ją na przykład w tendencjach do odbudowania sojuszy sprzed dwóch wieków między Moskwą a Berlinem. Są zakusy mocarstwowe Niemiec. Polska stoi im na drodze od Grunwaldu. Amerykanie bacznie się temu przyglądają. Dzięki determinacji Polaków, głównie w „Solidarności” i sprzyjającej nam sytuacji, poradziliśmy sobie z obcą, wschodnią dominacją. Od dwóch dekad widzę niebezpieczeństwo zarządzania nami z Zachodu i zagrożenie ze Wschodu.
– Czy znów trzeba wybijać się na suwerenność?
– Pod koniec lat 80. nasze koncepcje były odrzucane przez opozycyjną lewicę, która nie zakładała niepodległości Polski i mówiła co najwyżej o „finlandyzacji”. Jej celem nie była suwerenność, lecz wejście do struktur i instytucji władzy. „Solidarność” służyła tym ludziom za środek do celu i została wykorzystana jako element uwiarygadniający powstający układ. Jest taka zmora, jak choroba władzy. Przejawia się w robieniu własnej kariery, bez idei. Do polityki idą ludzie szukający sposobu na urządzenie się, „co ja będę z tego miał”. W rubryce „zawód”mogą tylko wpisać: „polityk”. Zapodział się etos pracy dla ludzi, solidarność, Polska. Może coś w nas drgnie, nim przyjdzie kolejny historyczny wstrząs? Pytają mnie: co ty masz z tej działalności?A ja dumny jestem, że mogę – jak powiedział premier Olszewski – spojrzeć ludziom prosto w oczy…
Rozmawiał Artur S. Górski




