32 lata po pierwszych wolnych wyborach: W samorządach przeważają „plusy ujemne”…

Rozmowa z Czesławem Nowakiem, posłem w latach 1989–93 (OKP, PC), gdańskim radnym 1998-2006, prezesem Stowarzyszenia Godność, od 1960 r. pracownikiem Portu Gdańsk, uczestnikiem strajków w 1970, 1980, 1981 i 1988 r., aresztowanym w 1982 r. i skazanym na 4 i pół roku więzienia, współzałożycielem Porozumienia Centrum, jednym z inicjatorów przywrócenia krzyża na mogiłach żołnierzy na Westerplatte i budowy pomnika Ronalda Reagana i Jana Pawła II oraz pomnika Anny Walentynowicz.

Rozmawia Artur S. Górski

27 maja 1990 roku odbyły się w Polsce pierwsze wolne wybory. Były to wybory samorządowe. W 1990 roku był pan już posłem Komitetu Obywatelskiego „Solidarność z poselskim mandatem wywalczonym w 1989 roku i to bez zdjęcia z Lechem Wałęsą?
Senat był wybrany w 1989 roku w wolnych wyborach. Całkowicie wolne wybory do Sejmu i Senatu miały miejsce w 1991 roku. Pierwsze prawdziwe wolne wybory, te do rad miast i gmin z maja 1990 roku, pamiętam doskonale, bośmy – jako posłowie, się angażowali. Nie nazbyt nachalnie. Na fali wyborów z roku 1989 ludzie w swych gminach, w dzielnicach na wybory samorządowe i wynik pracowali. Uczestniczyli w nich ludzie zaangażowani jeszcze w 1980 roku i w podziemną „Solidarność”, ci, którzy chcieli zmienić swoją okolicę, swoją gminę. Był to ruch obywatelski. Kandydowali nasi koledzy z pracy, z internowania, z więzień, z czasów, gdy byliśmy wyrzuceni – jak myślano, już na trwałe na margines. Popierałem w wyborach mego kolegę Ryszarda Toczka, prawnika, w stanie wojennym skazanego na 5 lat pozbawienia wolności za strajk w „Hartwigu”, późniejszego wiceprezydenta Gdyni. Byłem na pierwszych sesjach Rady Miasta Gdańska, mam zdjęcia z czerwca 1990 roku w Ratuszu Głównego Miasta. Byłem na sesji Rady Miasta w Gdyni. To był mój okręg wyborczy – Gdynia, Rumia, Kosakowo. A Gdańsk był dla mnie miastem nieomal rodzinnym, w którym przepracowałem całe dorosłe życie. Trud kandydatów i radnych nie został zmarnowany. Był to symboliczny koniec dawnego systemu. Symboliczny, bo ostateczny jego krach nie nastąpił. Nadzieje w 1990 roku były duże. Wyszło, jak wyszło.  

Udało się na samorządowym polu sporo zdziałać. Tak w przestrzeni architektonicznej miast, ale i w tej historycznej. Dzisiaj polityka historyczna też rolę gra, ale już inną…

Była wola zmian. Nasi ludzie byli radnymi. Nasi zwolennicy wśród rajców należeli od 1993 roku do Stowarzyszenia „Godność”, jak choćby Rysiek Gruda. Można było skutecznie zaproponować i przeforsować pomniki papieża Jana Pawła II i Reagana, choć nie bez trudności, przyznanie honorowych obywatelstw Gdańska, w tym dla pułkownika Ryszarda Kuklińskiego, zamontowanie tablicy o 1970 roku na gmachu dawnego KW PZPR w Gdańsku. Nie obyło się bez kontrowersji i dyskusji. Padały pytania: „a co zrobił Reagan dla Gdańska”, „co zrobił Kukliński dla Gdańska”, czy „na okradzionych w 1970 roku sklepach też tablice wmurujecie?”. Słyszałem i takie głosy. Dziś już nie istotne od kogo, ale padały i spotykały się wtedy z jakimś tam poparciem. Trzeba było tłumaczyć, nie tyle radnym wywodzącym się z PZPR, ale i części gdańszczan, do których trafiała ta pseudoargumentacja. Tak było też wokół postawienia pomnika Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego. Trzeba było sforsować niechęć, by go odsłonić 11 listopada 2006 roku, z udziałem m.in. ostatniego prezydenta RP na uchodźctwie Ryszarda Kaczorowskiego. Nam się udało – dzięki radnym związanym z „Godnością”.

Od dekady Gdańsk prowadzi swoją politykę historyczną, nawiązując m.in. do Wolnego Miasta Gdańska, zapominając o jego brunatnym cieniu w latach 30. Wcześniej to było Tysiąclecie miasta, czyli chrztu gdańszczan, Hanza…

– Nikomu nie można bronić badania historii, ale akcenty trzeba ważyć rozumnie. Nie ma i nie było od 1990 roku w samorządzie gdańskim zwolenników powrotu do reżimu czasów PRL. Ale są tacy, którzy – chyba z nienawiści do PiS, albo z niechęci do manifestowania patriotyzmu, kontestują go i wołają przeciwko propozycjom akcentującym nasz wkład w nasze miasto i wkład Polaków przed 1939 rokiem. Jako były poseł i radny Gdańska, człowiek, który chyba coś zdziałał, nie zwracam się od lat do gdańskich włodarzy o jakiekolwiek wsparcie naszych inicjatyw. Do ekipy pani Aleksandry Dulkiewicz już zupełnie nie. Nie widzę szans na współpracę, nie tylko dlatego, że ona jest zafascynowana Donaldem Tuskiem, Jackiem Karnowskim, czy Rafałem Trzaskowskim. Kobieca fascynacja jest jej sprawą, ale ona szkodzi miastu, wikłając sprawy Gdańska w politykę. To nie jest jej zadanie. Ideowo nam też nie jest po drodze.

Ostatnio, podczas spotkania w Stargardzie, Donald Tusk powiedział, że po wygranych wyborach przez obecną opozycję nastąpi „proces oddzielenia Kościoła od państwa ze wszystkimi tego skutkami”.

– O tym mówię. Kościół przez pół wieku był dla nas wsparciem. Opozycja chce zepchnąć Kościół na margines. Tusk, były premier, człowiek w polityce czynny od ponad trzydziestu lat, jest politykiem wykreowanym, wprowadzonym na salony europejskie przez kanclerz Merkel. Ona odeszła z urzędu, on wrócił do Polski. Jest cynikiem, bo jako historyk, powinien wiedzieć, jaką rolę w Polsce odegrał Kościół katolicki. Doprawdy, czy programem ma być – jak on chce, przeprowadzenie oddzielenia Kościoła od Państwa po wygranych przez PO wyborach? Co ma to przynieść Polakom? Gospodarczy sukces? Zapomniał, że gdy sam był przy władzy podpisany został konkordat. Cynicznie chce wywołać ożywienie w wyborcach o poglądach lewicowych i o świadomości liberalnej. Donald Tusk w 2005 roku przypomniał sobie, że nie ma ślubu kościelnego i pośpiesznie cichego ślubu udzielił mu gdański metropolita arcybiskup Gocłowski. Opowiadał też o stawianiu znaku krzyża na bochenku chleba przez jego mamę. Podobno Platforma Obywatelska miała być konserwatywna…

Dla jednych jest trochę konserwatywna, dla innych nieco libertyńska. Każdy coś znajdzie dla siebie…

– I to ma być recepta dla Polski?  Atak na Kościół? Niech pan Tusk pojedzie w niedzielę, w któreś święto, na Kaszuby. Porozmawia z ludźmi wychodzącymi z kościoła. Nawet w Sopocie popyta po mszy. Dowie się, ile religia, ile Kościół dla tych ludzi znaczy. Jego przykład idzie jednak dalej. Przy pomniku papieża i Reagana w Gdańsku ani razu nie była prezydent Dulkiewicz, ani nikt z PO i z wyższych urzędników Miasta. Źle się czują w towarzystwie pomnikowych postaci? Manifestują, że dokonania dwóch, niekwestionowanych dla historii XX wieku wielkich ludzi, są im obojętne? Mogliby okazać szacunek tym, którzy tam przychodzą, składają kwiaty, zatrzymują się codziennie na chwilę zadumy, refleksji. Jeśli oni mają takie antypatie do Jana Pawła II i do jednego z przywódców ówczesnego Wolnego Świata, to i my nie chcemy mieć wiele wspólnego z takimi włodarzami.

Przez osobisty kontakt można więcej zdziałać?

– Pan da spokój, panie redaktorze. Dla przykładu lat temu z 16 zapytał mnie Paweł Adamowicz, wówczas prezydent, a wcześniej i wówczas odwołujący się do „Solidarności”, czy mam jakieś odznaczenie. Odpowiedziałem, że nie mam. On mi zaproponował Medal za Długoletnie Pożycie Małżeńskie (śmiech). Za załatwienie medalu podziękowałem, z pożycia jestem zadowolony. A poważniej, np. dwa razy starałem się dostać do jego gabinetu, przed jego oblicze, by ustalić kwestie pomnika Piłsudskiego na Strzyży. Na przeszkodzie stanęła sekretarka i brak prezydenckiego czasu dla mnie. Gdy zebraliśmy podpisy, ponad 20 radnych, pod projektem uchwały o budowie pomnika Adamowicz zawołał mnie, udawał rozgoryczenie, że do niego z tym nie przyszedłem. Odpowiedziałem, że  przecież Piłsudski pochodził z jego rodzinnych stron, a nie z moich, nie z Gór Świętokrzyskich, a z Wileńszczyzny. Zamknął wtedy usta. Miasto dopiero wtedy wsparło inicjatywę. Pomnik stanął. 

Medal medalem, marszałek upamiętniony. Dzisiaj inne tematy zajmują urzędników. Tak się trudzą dla mieszkańców, że ich zasadnicze pensje urzędnicze i dyrektorskie wywindowane są do 21 tysięcy miesięcznie. Im się należy! Wiedzą, z której strony chleb posmarowany?

– Mieszkańcy Gdańska ich entuzjazmu nie podzielają. Ten chleb jest też dobrze posmarowany, gdyż niektórzy z nich zajmują miejsca w radach nadzorczych i czerpią kolejne profity i impulsy do działania. Należy jednoznacznie ustawą określić, że członkom miejskich władz, też tych z mianowania, dyrektorom wydziałów, skarbnikom, radnym nie wolno zasiadać w radach nadzorczych przedsiębiorstw i spółek z udziałem miasta, bo te mają wypracować zysk. Oto prezydent miasta ma dopiero niedawno dookreśloną pensję. Bywa, że suma summarum urzędnicze uposażenia przewyższają te prezydenta państwa.

– Bo im się należy?

Właśnie! Dobrym ruchem było ograniczenie do dwóch kolejnych kadencji możliwość sprawowania prezydenckiej i burmistrzowskiej godności. Być może przerwie to układanie koterii i grup interesów. Zasiedzenie się w samorządzie terytorialnym sprzyja otorbieniu układu, stworzeniu i wypielęgnowaniu grup interesów. Buduje się zaplecze polityczne i materialne. Pojawia się korupcja polityczna i zagrożenie korupcją – już bez przymiotnika. Pól dla niej jest wiele: poprzez decyzje, plany zagospodarowania przestrzennego i ich zmiany, rozmaite strategie i zezwolenia. Duże firmy, na przykład deweloperzy, mają to opanowane. Bywają i potrafią być wdzięczni za zagęszczenie zabudowy, za przesunięcie linii zabudowy, za możliwość dobudowania dodatkowego piętra. Inwestor, nastawiony na maksymalny zysk, umie się odwdzięczyć. Można nawet wystawić wielkie handlowe Forum, na gruntach przekazanych za bezcen, z miejską pożyczką na inwestycje. Prokuratura działa w tym przypadku opieszale.

Nasi samorządowcy są ambitni. Liderzy czterech partii PO, PSL, Lewicy i Polski 2050, opozycyjnych wobec władz państwowych w Warszawie, podpisali 25 maja  przygotowaną przez samorządowy ruch „TAK! Dla Polski” deklarację o decentralizacji i państwa i wzmocnieniu samorządów. Opozycja liczy na silne samorządy w terenie, by na nich oprzeć sukces wyborczy?

– Nie wykluczam takiego scenariusza. Oni, pan Karnowski, pani Dulkiewicz, chcą rządzić Polską. Gdzie jest zapisane w ustawie o samorządzie terytorialnym, że ten bierze udział w kampaniach politycznych, jako strona w wyborach do Sejmu i do Senatu? Klajstrem opozycji ma być samorząd. W dużych miastach może to dać opozycji wyborcze głosy. Rok później będą kolejne wybory samorządowe.

Od 1990 roku w samorządzie przeważają „plusy dodatnie” czy „plusy ujemne” by sięgnąć po klasykę?

– W samorządzie, patrząc na dwie ostatnie kadencje, przeważają niestety „plusy ujemne”. Dla całkowitego zreformowania państwa nie ma większości konstytucyjnej. O to też trudniej w sytuacji, gdy w samym obozie władzy są przybudówki, które chcą przerosnąć lidera, trzeba iść na kompromisy…

Gdy pojawia się braciszek, chcący trząść całym klasztorem…

– Cóż, i tak bywa. Godzi się przypomnieć, że wielu samorządowców z lat 90, wielu z nich nie żyje, włożyło wiele serca, kawał zdrowia, by Polska była inna. Był powiew zmian. Dzisiaj Są też zaangażowani, ale w grę na swoją stronę, by obsadzić więcej stanowisk. Przydałaby się samorządowa wymiana, także pokoleniowa, ale nie na taką ekipę i nie na ten styl władzy, jak ma to miejsce w Gdańsku.   

(Tekst za: Rozmowa z 26 maja br. Wybrzeze24.pl)

[dkpdf-button]
Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej