Bezkarność popłaca

W listopadzie głośno było o Castoramie i pod sklepami tej sieci. Ale nie z powodu wysypu atrakcyjnych ofert. Przyczyna była zgoła inna – oto pracodawca (zapewne nieprzyjazny pracownikom) wyrzucił dyscyplinarnie
9 na 11 członków Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność”. Powodem było jakoby szkalowanie zakładu w mediach społecznościowych. Tymczasem „skandalicznym naruszeniem obowiązków pracowniczych” w rzeczywistości było upominanie się przez członków KZ o bezpieczeństwo i godne warunki pracy i wpływ na podział funduszu socjalnego oraz skierowanie skargi do Państwowej Inspekcji Pracy. „S” powstała w Castoramie w ubiegłym roku i dziś liczy kilkuset członków. To i dużo (jak na takiego pracodawcę), i mało. Zapewne gdyby liczyła kilka tysięcy, to pracodawca obawiałby się podejmować takie działania. Jednak jak na sieć sklepów wielkopowierzchniowych to spore osiągnięcie.
Związek upomniał się o swoich członków, organizując pikietę pod warszawską siedzibą dyrekcji i akcje ulotkowe pod sklepami sieci. Zapewne na tym się nie skończy, bo jak na razie brak woli ze strony kierownictwa Castoramy do rzeczywistego dialogu i porozumienia. Na tym tle rodzi się jednak kilka podstawowych pytań i refleksji. Po pierwsze, gdzie są państwowe instytucje, które powinny zadbać o konstytucyjne prawo do organizowania się pracowników w związki zawodowe? Nie mówiąc już
o świętym oburzeniu tych wszystkich, którzy obnoszą się od lat z hasłami wzywającymi do przestrzegania ustawy zasadniczej. Po takiej akcji pracodawcy, inspekcja pracy powinna go „trzepać” 24 godziny na dobę,
a minister sprawiedliwości – prokurator generalny sprawę przynajmniej „obserwować” i zapowiedzieć pełną realizację danego bodaj dwa lata temu przyrzeczenia, że zaproponuje zmianę prawa idącą w kierunku ochrony przed zwolnieniem działaczy związkowych do czasu prawomocnego wyroku sądu. Niewielka korekta prawa tu nastąpiła, ale jest ona niewystarczająca. Przykład Castoramy pokazuje, że w dalszym ciągu niektórzy pracodawcy nie wahają się sięgnąć po najbardziej skrajne metody, aby zlikwidować związek zawodowy i zastraszyć pozostałych pracowników, licząc na to, że długi proces sądowy – nawet jeśli zakończy się niekorzystnym werdyktem – w praktyce oznaczać będzie jedynie odszkodowanie. Trudno bowiem sobie wyobrazić, aby zwolnieni czekali pod bramą Castoramy bez pracy przez wiele miesięcy czy nawet lat. Po drugie – to reakcja zależnych i niezależnych mediów, tak przecież wrażliwych na naruszanie konstytucyjnych uprawnień. Podczas pobytu w Norwegii na spotkaniu
z przedstawicielami norweskich związków zawodowych i ministerstwa pracy zadałem naiwne pytanie, co by było, gdyby jednak norweski pracodawca wyrzucił z pracy działaczy związkowych. Rozmówcy z pewnym zakłopotaniem odpowiedzieli, że to niemożliwe nie tylko ze względu na prawo; taki pracodawca spotkałby się z powszechnym ostracyzmem,
a media by go „rozszarpały”. Gdzie więc są nasze media? Temat podjęła publiczna telewizja, ale trochę po łepkach i na uboczu. Reszta właściwie milczy. Czy rzeczywiście konstytucyjne prawo do zrzeszania się jest
w wolnej Polsce przestrzegane? Czy też jest tak, że zastraszani pracownicy boją się często bardziej niż za komuny? Zwolnienie Anny Walentynowicz oznaczało strajk solidarnościowy w gdańskiej stoczni blisko czterdzieści lat temu. Dziś bezkarny – przynajmniej na razie – pracodawca wyrzuca
9 na 11 członków władz organizacji zakładowej…
I na koniec jeszcze o innej formie bezkarności. Oto jesienią cztery lata temu totalna już wtedy opozycja zapowiadała ruinę gospodarki pod rządami PiS, katastrofę budżetową i „drugą Grecję”. Największe opozycyjne autorytety ekonomiczne wieszczyły niemal narodową tragedię i oczywistą niemożliwość realizacji wyborczego programu zwycięskiej koalicji. Tymczasem europoseł PiS, ekonomista Zbigniew Kuźmiuk porównał sytuację budżetową w 2015 roku i w 2019. Okazało się, że w październiku 2015 roku dochody z VAT wyniosły 103,5 mld zł, z PIT – 36,2 mld zł, z CIT – 21,5 mld zł, całość dochodów budżetowych – 238,9 mld zł, a deficyt budżetowy wyniósł 34,4 mld zł, zaś w październiku 2019 roku dochody z VAT wyniosły 152 mld zł (wzrost o 46,8 proc.), dochody z PIT to 53,9 mld zł (wzrost o 48,8 proc.), dochody z CIT – 34 mld zł (wzrost o 58,1 proc.), a całość dochodów budżetowych wyniosła 332,8 mld zł (wzrost aż o 94 mld zł, co daje 39,3 proc.), a deficyt budżetowy wyniósł tylko 3,2 mld zł (tu nastąpił spadek aż o blisko 90 proc.). Te szokujące liczby pokazują dlaczego można było rozwijać gospodarkę, równoważyć budżet i realizować wielkie programy społeczne. Czy ktoś po tych czterech latach powiedział: „przepraszam, myliłem się”? Ba, mało tego. Przecież wielu z nich powtórnie znalazło się w parlamentarnych ławach. Czy więc bezkarność popłaca?
Jacek Rybicki

Strona korzysta
z plików Cookies.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie. Dowiedz się więcej